Jerzy Rogalski
CHCIAŁEM MIEĆ DUŻO DZIECI
(Tele Tydzień nr 36 - 04.09.2006)



Miliony widzów znają Jerzego Rogalskiego z roli porucznika Jaszczuka we wciąż bardzo popularnym i często powtarzanym serialu "07 zgłoś się", a także jako Tośka z "Plebanii".

Mógłby Pan być ojcem ośmiorga dzieci, tak jak Tosiek z "Plebanii"?
Oczywiście. Pochodzę z rodziny wielodzietnej. Było nas w domu sześcioro, w tym bliźniaki. Zawsze bardzo się kochaliśmy i szanowaliśmy. Nie było mowy o zazdrości na przykład przy okazji wręczania prezentów. Okazuje się, że w rodzinach wielodzietnych związki pomiędzy rodzeństwem są bardzo silne. Co roku w okresie wakacji spotykamy się wszyscy w domu mojej siostry w Moszczenicy koło Piotrkowa Trybunalskiego. Nie zdarzyło mi się, abym przynajmniej raz w roku na tydzień, nie pojechał do miejscowości, gdzie się przecież wychowywałem. Powracam tam od czasu, gdy opuściłem dom. Tam się najlepiej regeneruję. Rodzinne korzenie przywracają mi tożsamość po szaleństwach tego świata. Gdybym miał ośmioro pociech, byłoby to zgodne z tradycją. Zawsze chciałem mieć dużo dzieci.

Ale prywatnie ma Pan tylko dwoje: córkę i syna: Aleksandrę i Dominika.
No cóż, tak się złożyło. Syn jest już dorosły, ma dwadzieścia osiem lat Jest nauczycielem, uczy polskiego, a swoje upodobania artystyczne traktuje jako hobby. Dominik w wolnych chwilach pisze, śpiewa i komponuje. Za to Ola zawsze mi towarzyszy. W tym roku dostała się na studia, na pedagogikę, więc jestem z niej bardzo dumny.

Jeżeli spotyka się cała rodzina, to ile osób zasiada przy stole?
Kiedy żyli nasi rodzice, było to dwadzieścia dziewięć osób. Teraz nas trochę przybyło, bo przyszły na świat dzieci. W sumie to trzydzieści cztery osoby. Fantastycznie spędzamy czas. Gramy w tenisa, jeździmy na wycieczki rowerowe, pływamy kajakami. Nie lubię tylko łowienia ryb. Nie robiłem tego nigdy i nie zamierzam nawet próbować. Jakoś zupełnie mnie do tego nie ciągnie.

Po letnich spotkaniach z bliskimi jest Pan naładowany energią. Czy rzuci się Pan teraz w wir pracy?
Nie tylko, bo czeka mnie remont mieszkania. Może nie generalny, ale poważny. Trzeba trochę przemeblować, sporo rzeczy wyrzucić, bo ciasno się zrobiło. Żal się rozstawać z niektórymi sprzętami i rzeczami, ale trzeba się na to zdecydować. Szczególnie książki, które zajmują sporo miejsca, po przeczytaniu trzeba oddać do antykwariatu lub biblioteki.

Rozm. Teresa Maria Gałczyńska




Jerzy Rogalski
KABARET W STODOLE
(Tele Tydzień nr nr 47 - 21.11.2005)



Dzięki rolom w "07 zgłoś się" i w "Plebanii" stał się ulubieńcem widzów. Wiele osób pamięta też jego występy w kabaretach. Niedawno Jerzego Rogalskiego oglądaliśmy też w telewizyjnej "Historii krakowskiego kabaretu". Namówiliśmy go więc na wspomnienia o czasach "Bractwa Satyrycznego Loża 44".

Jak Pan wspomina czasy tego kabaretu?
Animator tego przedsięwzięcia, dr Mirosław Szymański (obecnie ordynator kliniki ginekologicznej), który zaprosił mnie do współpracy, obruszyłby się na słowo kabaret Według niego to był rodzaj teatru. Tylko nie mogąc mówić o pewnych rzeczach wprost, posługiwaliśmy się językiem kabaretu.

Czyżby gnębiła Was ówczesna cenzura?
Oczywiście. Pamiętam, jak na jeden z naszych spektakli przyszła cenzorka i zrobiła karczemną awanturę, że gramy niezatwierdzony tekst. Byliśmy już w panice, ale parę minut później, gdy znalazłem się z nią sam na sam, powiedziała mi konspiracyjnym szeptem: "Grajcie tak, jak gracie. My was naprawdę bardzo lubimy". To były nadzwyczaj dziwne czasy.

Jeździliście dużo po Polsce. Jak Was przyjmowano w małych miejscowościach?
Zwykle spotykaliśmy się z dużą sympatią. Ale bywały też okresy, że zamiast grać w domu kultury, występowaliśmy w jakiejś stodole. Czasem przed kilkoma osobami, gdyż publiczność nie dotarła, bo akurat w okolicy była powódź. Niekiedy w ogóle nie graliśmy. Posiedzieliśmy w hotelu, a potem wracaliśmy do domu, bo organizator lub cenzura odwołała program. Historia naszych bojów z ówczesną cenzurą, która cięła niemal wszystkie teksty, nadaje się na powieść.

Ostatnio pokazywano Was w "Spotkaniach z balladą".
Żałuję, że krakowska telewizja tak rzadko przypomina nasze programy, np. "Co jest grane" czy "Notatki z marszu", bo przecież takie retro z PRL byłoby w tej chwili chyba chętnie oglądane. Sądzę tak, bo widzę, jakim zainteresowaniem cieszą się powtórki "07 zgłoś się". Tamte programy kabaretowe na pewno nie opatrzyły się telewidzom, bo kiedy były ich premiery (dwadzieścia lat temu), zwykle w drugim programie nadawano jakiś atrakcyjny film.

Gdyby dziś zaproponowano Panu występy kabaretowe, czy podjąłby Pan to wyzwanie?
Bez wahania. Próbowaliśmy nawet reanimować dawny skład grupy, ale nasze drogi nieodwołalnie się rozeszły. Dzisiaj każdy zajmuje się własną profesją. Trzeba pamiętać, że był to zespół złożony głównie z utalentowanych hobbystów. Wśród nich tylko ja byłem tak zwanym aktorem zawodowym. Oglądali mnie więc jak pewną osobliwość. Myślę, że wtedy sporo nauczyliśmy się od siebie.

Trochę żal, że niezbyt często dostaje Pan propozycje ról komediowych. Kto pamięta pańskiego Patkiewicza z "Lalki", na pewno zgodzi się ze mną. Tak wiarygodnie udawał Pan trupa i ruszał uchem...
Nie było w tym nic nadzwyczajnego, zwykłe filmowe tricki: ucho było na sznurku, a oko sztuczne. W teatrze, filmie czy serialu staram się przekonująco odtworzyć daną postać. I tyle. To tylko sytuacja może być bardziej komediowa czy też dramatyczna. Nie mnie osądzać własne talenty komediowe.

Prywatnie jest Pan człowiekiem poważnym?
Bardzo. Ludzie, którzy myślą, że w towarzystwie będę wszystkich zabawiał, zwykle są rozczarowani.

Rozmawiała TESSA




Jerzy Rogalski
TAMTEN BYŁ MŁODSZY
(Tele Tydzień nr 26 - 21.06.2004)



Popularność przyniosła mu rola porucznika Jaszczuka w serialu "07 zgłoś się". Niedawno jechał tramwajem, gdy jedna z dziewczynek głośno powiedziała do drugiej: "Patrz, to ten porucznik Jaszczuk". Koleżanka przyjrzała się uważnie aktorowi i dodała: "Nie, to nie ten. Tamten był młodszy".

Grał Pan w wielu polskich serialach. Czym różnią się obecne produkcje od dawniejszych?
Kiedyś to były seriale środowiskowe, tematyczne. Dzisiejsze to telenowele, których akcja tworzy się na bieżąco, ale dzięki temu są jakby rodzajem codziennej gazety pisanej na żywo.

Antoni Tosiek to postać naszej rzeczywistości...
To prawda. Bywa, że jestem zaczepiany przez ludzi, którzy mówią, że na ich osiedlu mieszkają wyłącznie tacy Tośkowie. Kiedy mój bohater po śmierci żony tracił wiarę, wiele osób mobilizowało mnie, krzycząc na mój widok "Popraw się! Co się z tobą dzieje?"

Czy Pana dzieci, Dominik i Aleksandra, mają zainteresowania artystyczne?
Syn jeszcze pamięta moje występy w kabarecie "Loża 44", której opublikowane teksty nadal go bardzo śmieszą. Ukończył wprawdzie studia polonistyczne i zamierza podjąć pracę pedagogiczną ale ma zacięcie artystyczne. Pisze, komponuje, śpiewa piosenki literackie. Dostał już kilka nagród. Natomiast córka jest uczennicą liceum, w których prowadzi się zajęcia w językach obcych. Pana znak zodiaku to Baran . Proszę sobie wyobrazić, że urodziliśmy się tego samego dnia - 11 kwietnia.

Naprawdę?
Opowiem Pani równie niesamowitą historię. Niedawno je pociągiem. Przysiada mnie studentka, długo rozmawiamy, pod koniec wręczyła mi swoją wizytówkę. Spojrzałem na dopiero w domu. I co widzę. Grażyna Tosiek - jasnowidz. Przecież to niesamowite !

Mieszka Pan W Lublinie.
Mieszkam na pięknym osiedlu. Cisza, zieleń niedaleko łąki i poligon stopniowo przekształca się w park do spacerów. Mieszkanie jest małe, ale nie zmieniłbym tego miejsca na żadne inne. No i mam psa, drugiego już jamnika. Pierwszy - kasztanowo ruda Sonia odeszła, teraz mam szalenie ruchliwą suczkę która wabi się Diana.

Rozmawiała Teresa Gałczyńska




Jerzy Rogalski
JASZCZUK BYŁ MŁODSZY
(Tele Tydzień nr 21 - 23.05.2005)



Ciepły, dowcipny i sympatyczny. Od 28 lat mieszka w Lublinie, gdzie cieszy się niezwykłą popularnością. Zresztą nie tylko tam...

Co tam słychać u Tośka z "Plebanii"?
Myślę, że wreszcie jest szczęśliwym człowiekiem. Dzięki pomysłowości scenarzystów Tosiek nie ma powodów do zmartwień.

Ale chyba niezależnie od zwrotu akcji Pan zawsze jest odbierany sympatycznie?
I tu się pani myli. Okazuje się, że widzowie darzą mnie dużą sympatią w momentach, kiedy moje zachowania są wyłącznie pozytywne, ale kiedy coś przeskrobię, nie szczędzą mi niechęci i wzbudzam reakcje dość dziwne. Na przykład, kiedy sprawa małżeństwa Tośka z Małgosią była zawieszona w niebycie, zaczepił mnie na ulicy pan, który zrobił mi karczemną awanturę, mówiąc: "Pan mi się nie podoba! Dlaczego nie chce się Pan żenić z taką fajną kobitą? Bierz się Pan do roboty!". Zwątpił w moją męskość (śmiech).

Opowiedział Pan o tym żonie?
Tak, bardzo się ubawiła. Pamiętam jednak, że podobne reakcje spotykały mnie po serialu "07 zgłoś się". Ostatnio, nawet po tylu latach, jadąc autobusem i siedząc z przodu, usłyszałem, jak za mną rozmawiają dwie młode matki. Jedna, trzymając dziecko na kolanach, mówi: "Patrz, to ten porucznik Jaszczuk". "Który to?" - pyta druga. "Ten w brązowej kurtce". "Nie, na pewno się mylisz. Tamten był młodszy".

Nadal grywa Pan w szachy ze swoim synem Dominikiem?
Mój syn ma już inne pasje, gra na gitarze, śpiewa, występuje na estradzie i pracuje jako pedagog w szkole. Do gry w szachy potrzebuję poważniejszych przeciwników; ostatnio grywam z komputerem. Od szachów, brydża i roweru już się chyba nie uwolnię.

O czym Pan teraz marzy?
O wypoczynku. Chciałbym wreszcie wyjechać na prawdziwy urlop.

Rozm. TESSA




Jerzy Rogalski
CHCIELI ZROBIĆ MI BLIZNĘ
(Tele Tydzień nr 32 - 08.08.2005)



Największy serialowy służbista porucznik milicji Jaszczuk nie wzbudził chyba sympatii policji. Choć właściwie troszeczkę policjanci chyba go polubili, bo w rzeczywistości policja to nie milicja.

Krzysztof Szmagier obsadzając Pana przed laty w roli porucznika Jaszczuka nie miał chyba zbyt dobrego mniemania o ówczesnej milicji?
To prawda. Była to typowa satyra na władzę tamtejszego okresu, a mój bohater był postacią już w zamierzeniu znacznie przerysowaną. Krzysztof bawił się, wymyślał sceny na gorąco, wielu z nich nie było w scenariuszu. W obliczu dokonań dzisiejszej policji taka postawa służbisty, policjanta byłaby niezwykle krzywdząca i wprost nie do pomyślenia.

Podobno podczas otwartych dni TVP pytano Pana właśnie o Jaszczuka?
Jeden z widzów zapytał, czy dzisiaj zagrałbym tę rolę tak samo? Kiedy zaprzeczyłem, uśmiechnął się i odetchnął z ulgą. Zaintrygowany spytałem: - Czy Pan jest przypadkiem policjantem? Usłyszałem: - Tak, ale dzisiejsza policja jest zupełnie inna i taki wizerunek jest dla nas krzywdzący. Przyznałem mu rację.

Rzeczywiście nie miał Pan tam zbyt sympatycznej miny.
Miny? Grałem z kamienną twarzą (śmiech). Początkowo myślano nawet, aby zrobić mi bliznę, zniekształcić nos, jak u boksera po przegranej walce itp. Skończyło się na tym, że reż. Szmagier powiedział: - Nie broń postaci, nie wybielaj bohatera!

Zapewne większą sympatię budzi teraz Antoni Tosiek z "Plebanii"?
Nieporównywalnie większą. Widać to po reakcjach widzów i uśmiechach, jakimi mnie obdarzają na każdym kroku. Muszę pani jednak powiedzieć, że chyba w każdym aktorze jest coś takiego, że zawsze stara się bronić swojego bohatera, nawet, jak przyjdzie mu grać najbardziej wrednego drania.

Czy Piotrków Trybunalski to nadal Pana ulubione miejsce na wakacje?
Od czterdziestu lat, co roku jeżdżę przynajmniej na dwa tygodnie w moje rodzinne strony do Moszczenicy, gdzie sześćdziesiąt metrów od mojego domu płynęła nieduża rzeczka, w której łowiliśmy ryby. Półtora kilometra dalej był las, boisko sportowe i kino. To miejsca, do których chętnie wracam wspomnieniami i ładuję akumulatory na kolejny rok pracy. Pochodzę z rodziny wielodzietnej, więc choć rodzice już nie żyją, nadal mam tam większość krewnych.

Rozmawiała Teresa Gałczyńska







© 2000-2005 Telewizja Polska S.A. Producent wykonawczy serialu BESTA FILM; współpraca STI Studio Filmowe;
e-mail: plebania@besta.pl