|
Janusz Michałowski
NIE JESTEM ZACHŁANNY
(Tele Tydzień Nr 9 - 09.02.2004)
Mówi, że na egzaminy do warszawskiej PWST przyjechał z innego świata..
Odwiedzam mieszkanie Janusza Michałowskiego, położone w miejscu magicznym, bo na warszawskiej Starówce. Wita mnie gospodarz i... piękny syberyjski kocur Bułat.
Co Pan sądzi o swojej pracy?
Zawsze czule wspominam reżyserów, z którymi pracowałem, bo to moment twórczy, w którym powstaje rola. Jeżeli chodzi o teatr, to sporo pracowałem z moją żoną, Izabellą Cywińską. Staram się bardzo rzetelnie wykonywać każde zadanie, ale z biegiem lat straciłem tę potrzebną, szczególnie w zawodzie aktora, zachłanność na ilość "zaliczanych" ról.
Będziemy Pana oglądali w "Plebanii" do jej końca?
Nie jestem pewien. Na razie miałem kilka dni zdjęciowych. A w ilu odcinkach jeszcze wystąpię, nie potrafię powiedzieć. Myślę, że scenarzyści też jeszcze tego nie wiedzą.
Nie jest Pan rodowitym warszawianinem?
Urodziłem się i wychowałem w Augustowie. Skończyłem tam szkołę podstawową i liceum. W tym okresie cały wolny czas z kolegami z drużyny morskiej wyciągaliśmy z jeziora zatopione kajaki i łodzie, które dużym nakładem sił remontowaliśmy. Dawało nam to dużo radości. Łowiłem wtedy namiętnie ryby,
a później w liceum trenowałem również podnoszenie ciężarów.
Jak wyglądało Pana pierwsze spotkanie ze sceną?
Kiedy przyjechałem do Warszawy w 1955 roku na egzamin do szkoły teatralnej z innego świata, z drewnianą walizeczką, teatr wywarł na mnie ogromne wrażenie. Złapał mnie jakiś fotograf przy kościele św. Floriana. Do dzisiaj mam zrobione przez niego zdjęcie. Właściwie nie znałem teatru przed egzaminem. Nie było wtedy telewizji, a teatry do takich małych miasteczek jak Augustów wogóle nie przyjeżdżały. Moi wspaniali nauczyciele z liceum dostrzegli we mnie tę odrobinę talentu i pomogli mi skończyć szkołę. Bo z przedmiotów ścisłych miałem kiepskie oceny. Ciągle przecież uczyłem się wierszy!
Rozmawiała Anna Kolaw
|
|