Włodzimierz Matuszak
LUDZIE CHCĄ SIĘ UMNIE SPOWIADAĆ
(Fakt nr 51 - 12.08.2010)



Ksiądz Antoni to jedna z najlepiej rozpoznawalnych kreacji w polskich serialach. Jaki jest naprawdę...

Choć Włodzimierz Matuszak (63L) grywał w swoim życiu drani i kochanków, to jednak dla Polaków jest przede wszystkim księdzem proboszczem z serialu "Plebania". I zapewne dlatego ludzie często traktują go jak duchownego, a nawet... chcą mu się spowiadać. Nawet inni księża traktują aktora jak swojego .
W rozmowie z Faktem Matuszak opowiedział między innymi o ucieczce do wolności, trudnym życiu na emigracji i przygotowaniach do roli kaznodziei.


Uczęszczał pan do technikum ekonomicznego. Skąd więc pomysł, by zdawać do szkoły teatralnej?
Za namową mojej polonistki. W szkole średniej brałem udział we wszystkich możliwych akademiach i kabaretach. Mówiła, że powinienem spróbować swoich sił i pójść w kierunku teatralnym. Przyznam szczerze, że nie byłem przekonany i musiała mnie namawiać. Chyba bałem się, że nie podołam. I coś w tym musiało być, bo choć dostałem się do szkoły teatralnej, to już po roku ze mnie zrezygnowano. Na szczęście udało mi się dostać do łódzkiej filmówki i tam dokończyć swoją edukację.

Zanim dostał pan rolę, dzięki której stał się pan stawny, w 1987 roku wyjechał pan do Niemiec Jak wspomina pan 10 lat emigracji?
Sytuacja w Polsce zmusiła mnie do podjęcia decyzji o wyjeździe z kraju. Gdybym jednak musiał podjąć taką decyzję dzisiaj, to nie zrobiłbym tego. To były trudne czasy. Okazało się, że wolność to nie wszystko. Niestety żyliśmy w Polsce w tak ponurym systemie, że ja nie widziałem już w kraju żadnych możliwości, by tu żyć. W Niemczech imałem się każdej pracy. Robiło się to, co wpadło w ręce, byle tylko zarobić i przeżyć.

Co było najtrudniejsze?
Rozłąka z korzeniami. Niby brzmi banalnie, ale to prawda. Tego nie da się przeskoczyć. Choć zaciera się to po kilku czy kilkunastu latach, to jednak człowiek wciąż żyje ze świadomością, że nie jest u siebie, tylko w obcym kraju. Kontakty z naszymi rodakami też nie były najlepsze. Tworzyły się oczywiście grupy przyjaciół, ale niestety Polacy nie są zorganizowani, nie pomagają sobie nawzajem. Każdy działa na własną rękę i myśli tylko o sobie i swoich potrzebach. Z tego co wiem, tak jest do dziś. Widać mamy taką smutną cechę, że nie umiemy się dogadać i żyć w zgodzie.

Czy to dlatego zdecydował się pan wrócić?
Zdecydowałem się na powrót przede wszystkim dlatego, że zmienił się system polityczny. Na początku przyjechałem na rekonesans, zobaczyć jak wygląda kraj, co robią koledzy w teatrach. Wielu z nich odradzało mi powrót do kraju, wciąż było bardzo ciężko, szczególnie w teatrach. Ale wróciłem. Udało mi się gościnnie zagrać w teatrze w Bydgoszczy, potem pojechałem do Warszawy spróbować tu szczęścia i wszystko jakoś się dobrze potoczyło. Pana żona nie zdecydowała się jednak na powrót do kraju. Pańska recepta na związek na odległość?
Mogę jedynie powiedzieć, że to zależy od ludzi. My umiemy tak żyć.

Jak odebrał pan Polskę po 10 latach nieobecności?
Wcześniej nie przyjeżdżałem do kraju, bo nawet nie mogłem. Kiedy w końcu po dekadzie znalazłem się w Polsce, zrobiła na mnie ona wielkie wrażenie. Widziałem, jak się zmienia. Dziwiłem się, że moi rodacy tego nie zauważają, że wciąż są pesymistycznie nastawieni. Ja jechałem przez Polskę i widziałem, jak praktycznie z każdym dniem ona się zmienia. To był już inny kraj.

A potem przyszła oferta z "Plebanii". Jak zareagował pan na propozycję zagrania księdza?
Jak na każde inne zadanie aktorskie. Dowiedziałem się, że chodzi o serial, który będzie opowiadał o zwyczajnych, ludzkich historiach, a nie będzie w jakiś sposób ortodoksyjnie podchodził do aspektów wiary. Później przeczytałem kilka odcinków i spodobał mi się scenariusz. Uznałem, że warto zagrać taką postać.

Przygotowywał się pan jakoś specjalnie do roli?
Spędziłem tydzień w parafii u księdza, który był konsultantem serialu. Zadawałem dziesiątki pytań, obserwowałem jego codzienne obowiązki. Ciekawe doświadczenie.

Ma pan chwile, kiedy czytając scenariusz "Plebanii", myśli pan sobie: "Nie ma mowy. Ja tego nie powiem, nie zrobię, nie zgadzam się"?
Namawia mnie pani do grzechu! Na szczęście mam możliwość przerabiania tekstów. Taki mamy luksus, że kiedy coś wydaje mi się przerysowane, nieżyciowe, to rozmawiamy i mogę to zmienić. Chcemy, żeby ten bohater był też normalnym facetem. Inaczej pewnie już bym nie grał księdza proboszcza.

Ludzie pewnie traktują pana czasem jak księdza.
Ludziom często myli się rzeczywistość z serialem. Na szczęście coraz rzadziej. Niby wiedzą, wciąż jest wielu wątpiących (śmiech). Ludzie uważają, że przynajmniej musiałem być w seminarium. Niektórzy chcieli mi się nawet spowiadać. Ale środowisko duchowne przyjmuje mnie bardzo sympatycznie. Często pozwalają sobie nawet na żarty. Jeżdżąc z koncertami poetyckimi, które odbywają się w kościołach, spotykam się z księżmi. Witają mnie wtedy słowami: "O, ksiądz proboszcz, może wspólnie mszę odprawimy?" Żadnych negatywnych emocji.

Nie kusi pana, żeby zagrać kogoś skrajnie innego? Mordercę, policjanta?
Na szczęście wcielałem się w bardzo różnych bohaterów. Byłem zdradzanym mężem, biznesmenem i zimnym draniem. W tym roku będę obchodził 35-lecie pracy artystycznej. 10 września w Teatrze Kamienica odbędzie się premiera spektaklu "Kaczo" razem z moim beneflsem. Oczywiście nad tym wszystkim góruje postać księdza proboszcza, którą gram od 10 lat. Między innymi dlatego zdecydowałem się wziąć udział w programie "Jak oni śpiewają". Chciałem pokazać się z całkiem innej strony. Muszę przyznać, że ta przygoda kosztowała mnie wiele nerwów. Świadomość, że ogląda mnie kilka milionów widzów, a program jest na żywo, jest bardzo stresująca. Ten show bardzo mi pomógł, teraz mniej się stresuję podczas występów na żywo, nabrałem odporności. Jednak w "Tańcu z gwiazdami" na pewno mnie nie zobaczycie. Parkiet nie jest dla mnie.

Rozmawiała Ewa Lankiewicz




Włodzimierz Matuszak
PODWÓJNE ŚWIĘTA
(Tele Tydzień nr 51 - 15.12.2008)



Jeśli chodzi o święta Bożego Narodzenia jest tradycjonalistą. Nie toleruje żadnej ekstrawagancji. Ma być tak, jak od lat. Przynajmniej na razie.

Obecne święta różnią się od tych, które pamięta Pan z dzieciństwa?
Owszem, kiedyś było ubogo, ale zdecydowanie bardziej uroczyście. Nie było szalu zakupowego, przebierania w ozdobach w pięknych sklepach. Jedynie zwykłe bombki można było kupić, a resztę robiło się samemu z papieru, słomy, cukierków. Sprawiało to ogromną frajdę. To był okres utęsknionego wyczekiwania na coś wielkiego.

A prezenty?
Czasami były to rzeczy wymarzone, a często dane z konieczności, bo jak dzieciakowi brakowało ciepłych rękawiczek, to je dostawał. Zdarzała się też jakaś gra planszowa. Książki to był prezent, który się powtarzał w każde święta Bożego Narodzenia.

A dziś, co Pan kupuje najbliższym?
Właśnie książki. Te, o których wiem, że akurat wzbudzają zainteresowanie. W domu staramy się nie robić sobie niespodzianek.

Piszecie listy do świętego Mikołaja?
Nie. Wyłapujemy w rozmowach na długo jeszcze przed świętami, 0 czym kto marzy, potem przypominamy sobie i kupujemy, bo to sprawia rzeczywiście frajdę i radość. Jak byłem dzieckiem, marzyłem o nartach, ale wtedy moich rodziców nie było na nie stać. Teraz bardzo cieszę się z filmów na DVD.

To już Pana dziewiąta Wigilia na serialowej plebanii. Z jakimi emocjami zasiada Pan do uroczystej kolacji?
Dzięki serialowi "Plebania" od lat obchodzę dwie Wigilie. Wspólnie kolędujemy, dzielimy się opłatkiem. Jako proboszcz Antoni czytam fragmenty Pisma Świętego, jestem powiernikiem i przewodnikiem duchowym całej mojej serialowej rodziny i przyjaciół. A prywatnie? Myślę, że tak jak zwykle spędzę je w gronie rodzinnym.

Czy pojechałby Pan na świąteczną wycieczkę do ciepłych krajów?
Myślę, że Boże Narodzenie to nie jest czas na ekstrawagancję. Te święta tradycyjnie powinny pozostać rodzinne. Jestem jednak przekonany, że za kilkanaście lat ta polska tradycja zaniknie. Wszystko da się skomercjalizować.

Czego chciałby Pan życzyć sobie i innym z okazji Bożego Narodzenia?
Abyśmy nie zapominali o tradycji i w te najbardziej radosne święta przekazywali ją następnemu pokoleniu. Temu, które wchodzi w nowy świat europejski z internetem i komórkami. Nie uciekajmy od nowoczesności, ale nie zapominajmy o tym wszystkim, co nadaje sens tym świętom. I życzę również tego, byśmy uśmiechali się często, bo śmiech to zdrowie i radość. Jesteśmy, niestety, narodem ponurym, więc przynajmniej w tym dniu niech wszyscy się uśmiechają i raz na jakiś czas powiedzą do sąsiada, czy nawet kogoś nieznajomego "dzień dobry".

Rozmawiała Ewa Pokrywa




Włodzimierz Matuszak
ROCK'N'ROLLOWA DUSZA
(Tele Tydzień nr 31 - 31.07.2007)



Telewidzowie pokochali jego księdza Antoniego z "Plebanii". Jednak aktor nie chce poprzestać na tej jednej roli. Dlatego wystąpił w prgramie "Jak Oni śpiewają" i podjął się nowego zadania.

W programie "Jak Oni śpiewają" śpiewał Pan piosenki rockowe. Więcej jest w Panu księdza czy rock'n'rollowca?
W ogóle nie ma we mnie księdza. Po prostu poważnie podszedłem do roli, jaką mi zaproponowano. Chciałem dać tej postaci coś z siebie tak, by mocno zaistniała w świadomości widzów. Wyposażyć ją w takie cechy, które by im odpowiadały.

A ta rock'n'rollowa dusza?
Zawsze we mnie siedziała. W młodości byłem buntownikiem, krnąbrnym wobec nauczycieli. W latach 70-ych imponował mi ruch hipisów, nosiłem włosy do ramion. Dwa razy wywalali mnie ze studiów. Pierwszy raz wyrzucili mnie z warszawskiej szkoły teatralnej w okresie studenckiego buntu w marcu 68. Rozwoziłem ulotki, zawalałem zajęcia, ale udało mi się zaliczyć 1 rok Niestety, nie byłem faworytem niektórych profesorów. Oblewali mnie na kolejnych egzaminach i w efekcie wyrzucili ze studiów. Zdałem więc do łódzkiej filmówki. I znowu mnie wywalili. Do dziś nie wiem dlaczego. Ale tym razem nie przyjąłem z pokorą decyzji władz uczelni. Zażądałem od dziekana uzasadnienia na piśmie. Powiedziałem, że nie wyjdę z jego gabinetu, dopóki nie dowiem się, dlaczego mnie wywalają. Kilka godzin siedziałem w jego gabinecie, a dziekan wychodził i wracał, wychodził i wracał. W końcu dał mi pismo, w którym przeczytałem, że przyczyną skreślenia z listy studentów jest "brak predyspozycji do dalszego kształcenia w zawodzie aktora". Gdy po dwóch latach zmieniły się władze uczelni, wróciłem na studia i zrobiłem dyplom. Ale już nie miałem tak pozytywnych uczuć w stosunku do fimów jak na początku. Po studiach nie mogłeni usiedzieć na miejscu i pracowałem w wielu teatrach na prowincji.

Gra Pan w nowym serialu TVN "Twarzą w twarz", który na ekranach zobaczymy jesienią. Co to za rola?
Gram biznesmena, który został skrzywdzony w wyniki machinacji swego przyjaciela i przeżywa absolutne załamanie. Podoba mi się ta postać bo jest zupełnie inna od księdza Antoniego. Reżyser Patryk Vega miał odwagę, obsadził mnie w zupełnie innej roli niż ta, którą kreuję od lat i w której zostałem zaszufladkowany Ogromnie się z tego cieszę.

Rola księdza Antoniego Pana uwiera?
Gdybym powiedział, że podchodzę do niej z takim entuzjazmem jak w ciągu pierwszego roku pracy, to byłbym nieszczery. Czuję się chwilami zmęczony, chciałoby się zrobić coś innego. Na szczęście, co jakiś czas zdarzają się w moim życiu zawodowym odskocznie od roli księdza Antoniego. Dla zdrowia aktora, który od kilku lat gra dużą rolę w serialu i który jest z tą rolą bardzo utożsamiany, nowa, zupełnie inna kreacja jest ratunkiem - żeby nie sfiksować, delikatnie mówiąc.

Czy po udziale w "Jak Oni śpiewają" jest Pan inaczej traktowany na ulicy?
Tak. Zaczepiają na ulicy, mówią że widzieli mnie w tym programie, że podobało im się, jak śpiewam. Już nie tylko słyszę: "Szczęść Boże", "Niech będzie pochwalony", albo "Może by tak spowiedzi ksiądz udzielił". Cieszy mnie to, bo mam nadzieję, że to jest pierwszy etap zmiany mojego wizerunku. Chciałbym zaistnieć w świadomości widzów nie tylko jako ksiądz Antoni.

... stąd udział w "Jak Oni śpiewają".
Oczywiście. To było dla mnie coś nowego, bo nie miało nic wspólnego z festiwalem piosenki aktorskiej, w którym brałem udział w 1980 r. Dostałem wówczas nawet wyróżnienie z rąk samego profesora Aleksandra Bardiniego. Tu natomiast zetknąłem się z wielką estradą, muzyką rozrywkową i ogromną, blisko 5-milionową widownią.

A więc życie zaczyna się dopiero po 50-tce?
Pewnie! Mamy tyle lat, na ile się czujemy. To jest kwestia tego, jak podchodzimy do życia. Ktoś mógłby sobie pomyśleć: jestem grubo po 50-tce, więc może już tylko ciepłe kapcie, telewizor, kawka i drzemka na siedząco. Ja tak nie uważam. Trzeba być aktywnym. Jeśli tak się żyje, to w pewnym momencie osiąga się sukces, bo życie lubi ludzi aktywnych. Jeśli zaś usiądziemy zrezygnowani, to niczego nie osiągniemy. Dla młodzieży jestem dziadkiem, ale wcale się tak nie czuję. Mam mnóstwo energii. Jestem pewien, że po 50-tce można zacząć życie na nowo. Teraz odżyłem. Wcześniej życie nie oferowało mi takich możliwości.

Który okres w Pana życiu był najgorszy?
Miałem okres załamania, kiedy zdecydowałem się na wyjazd z Polski w latach 80. Wtedy naprawdę ręce mi opadały. Dusiłem się tu. Wiedziałem, że jeśli nie zrobię czegoś radykalnego, to zmarnuję sobie życie. Nie chciałem się upajać tym, co jest i pić alkohol - tak, jak wielu moich kolegów, którzy fatalnie potem skończyli. Była taka beznadzieja w Polsce lat 80, że dzisiejszy młody człowiek tego nie zrozumie. Jeśli ktoś miał odmienne zdanie, to wywalano go z pracy. Wyreżyserowałem jednoaktówki Mrożka w Teatrze Polskim w Szczecinie, ale spektakl został zdjęty z afisza mimo ogromnego powodzenia u publiczności. Tuż przed stanem wojennym zrobiłem też przedstawienie na podstawie pism Piłsudskiego z nigdy niepublikowaną poezją 20-lecia międzywojennego. Spektakl zdjęto od razu po premierze. Wtedy stwierdziłem, że wolę pracować na budowie i żyć w normalnym kraju, gdzie jest demokracja. Wyjechałem do Niemiec. Tam imałem się różnych prac. Byłem m. in. budowlańcem, kucharzem.

Powiedział Pan kiedyś, że nie miał szczęścia w życiu. A "Plebania", "Jak Oni śpiewają"?
Rzeczywiście, bardzo długo przebijałem się w zawodzie. W pewnym sensie sam sobie to zafundowałem, wybierając po studiach pracę w teatrach na prowincji. W Warszawie czy Łodzi byłoby z pewnością łatwiej zaistnieć, ale z perspektywy czasu nie żałuję tamtych decyzji. Widzę, że te wszystkie trudy, które przechodziłem w życiu, w końcu mi się opłaciły. Teraz ten łut szczęścia się pojawił. Pytanie na jak długo, ale ja o nic nie zabiegam. Nie biegam po castingach, nie mam nawet agenta ani menedżera. Propozycje same się pojawiają. To ogromny luksus.

Jaka jest Pańska recepta na sukces?
Zabrzmi to stereotypowo, ale po prostu trzeba dużo pracować, chodzić na castingi i zdjęcia próbne do filmów. Kiedy po kilkunastu latach życia w Niemczech przyjechałem do Warszawy, to przez pierwsze pół roku grałem tylko w reklamach. Potem dopiero wygrałem casting do serialu "Plebania".

Czy marzy Pan o zagraniu jakiejś roli?
Zawsze marzyłem o roli boksera - w młodości uprawiałem ten sport. Potem trenera bokserskiego. Nie udało się, ale jeszcze nic straconego, zawsze jeszcze można. Lubię grać postaci mocne, zdecydowane, ale też nie pozbawione uczuć głębszych. Żadnych ról papierowych. Takim bohaterem jest z pewnością biznesmen w serialu "Twarzą w twarz". Jest pokazany w dwóch okresach swego życia: kiedy zostaje człowiekiem roku jako przedsiębiorca i kiedy jest na dnie. To superwyzwanie dla aktora pokazać taką postać.

Ma Pan poczucie spełnienia zawodowego?
Szczerze mówiąc, nie do końca, bo aktor zawsze oczekuje na nowe wyzwania. Łapię się chwilami na myśli, do której się nawet sam przed sobą wolę nie przyznawać, że sukces aktorski trochę za późno się pojawił. I zastanawiam się, jak długo może trwać. Biorąc pod uwagę kino na świecie, może trwać długo. 77-letni Clint Eastwood wciąż gra główne role. Biorąc pod uwagę kinematografię polską, propozycje mogą się nagle skończyć. U nas dominuje myślenie stereotypami, takie oto, że potrzebujemy rześkich 40-latków i dużo młodzieży. Ale jestem dobrej myśli.

Rozmawiała Iwona Aleksandrowska





Włodzimierz Matuszak
POETA NIE ZAPOMINA
(Tele Tydzień nr 15 - 10.04.2006)



Choć oglądaliśmy go w "PitBullu" i w "Pensjonacie Pod Różą" to i tak kojarzy się wszystkim jako proboszcz w "Plebanii". Mało kto wie, że ten znakomity aktor recytuje również poezję Karola Wojtyły. Niedawno brał udział w koncercie w gnieźnieńskiej Katedrze z okazji rocznicy śmierci Jana Pawła II.

Niedawno obchodziliśmy rocznicę śmierci Papieża. Pan odwiedził kiedyś Ojca Świętego w Watykanie.
Już sam fakt, że pojechałem tam w dniu imienin Jana Pawła II, robił wrażenie. Było to kilka lat temu i już wtedy Papież bardzo źle się czul. Przybył jednak na część naszego koncertu i bardzo żywo reagował na recytowane przez nas poezje. Zdjęcie z tej audiencji stoi na czołowym miejscu w moim domu. Kiedy patrzę, jakiego wspaniałego człowieka Polska straciła, zastanawiam się również, co po nim zostało? Zostało niestety niewiele. Po śmierci wszyscy podawali sobie ręce, mówili o zgodzie narodowej, ale okazało się, że ludzie zapominają.

Słyszałam, że Pan również pisze wiersze?
Pisałem w młodości. Moja polonistka w technikum twierdziła, że były interesujące. Miałem zamiar iść na filologię polską i stąd te zainteresowania. Pisałem też krótkie opowiadania. lak się jednak złożyło, że zostałem tym, kim jestem.

Czego możemy Panu życzyć z okazji Świąt Wielkanocnych?
Życzę sobie i wszystkim czytelnikom Tele Tygodnia, aby te święta były radosne. Ale, jak się widzi obrazki w TV, nie ma skąd tej radości brać. Dlatego w tym szczególnym czasie zadumy powinniśmy głęboko się zastanowić nad tym, co robimy. Życzę więc wszystkim więcej życzliwości wobec siebie. Tolerancji.

Rozmawiała: Teresa Gałczyńska




Włodzimierz Matuszak
SPOWIEDŹ W POCIĄGU
(Gazeta pomorska - 28.04.2005)



Słynie pan i dużego poczucia humoru. Na planie "Pensjonatu Pod Różą" dowcipkował pan na temat odbioru swojego nowego wcielenia przez widzów: co proboszcz robi w hotelu z kobietą? No, właśnie, co?
Żartowałem sobie, bo widzowie bardzo często utożsamiają aktorów z granymi przez nich postaciami. Z takim zjawiskiem spotykam się niemal na każdym kroku. Wiele osób sądzi, że ja naprawdę jestem księdzem proboszczem Antonim Wójtowiczem. Dlatego bardzo ucieszyłem się z propozycji, jaką dostałem od producentów "Pensjonatu Pod Różą". Ta oferta mnie osobiście daje trochę oddechu, bo mam okazję zagrać rolę zupełnie inną niż w "Plebanii". Taka odmiana jest dobra nawet dla zdrowia psychicznego.

Słowem, zaskoczy pan telewidzów nowym wizerunkiem?
Z całą pewnością. W "Pensjonacie Pod Różą" zdecydowanie gram zwyczajnego mężczyznę, a do tego jeszcze mam u swojego boku dwie urocze partnerki.

Z jedną z nich podobno trafi pan nawet do łóżka?
(śmiech) Nie przesadzajmy z tym łóżkiem. Mój bohater Rafał Kosicki to bogaty biznesmen, który podczas podróży służbowej zatrzymuje się w tytułowym pensjonacie "Pod Różą". W tym czasie jego młoda, bo zaledwie 30-letnia żona, knuje pewną intrygę. Najkrócej mówiąc, chce go złapać na zdradzie małżeńskiej, ale nie do końca uda jej się zrealizować ten perfidny plan, bo Rafał nie jest specjalnie skory do skoków w bok. Bardzo chętnie nawiązuje kontakty, rozmawia, dowcipkuje, ale o łóżku raczej nie myśli.

Nowy image prezentuje pan również w filmie kinowym "PitBull" w reżyserii Patryka Vegi. Tutaj widzimy pana w mundurze generała policji.
W "PitBullu" gram komendanta stołecznego policji. Patryk Vega był pierwszym reżyserem, który obsadził mnie w kontrze do roli, jaką gram w "Plebanii". Wprawdzie powierzył mi niewielki epizod, ale jestem mu niezmiernie wdzięczny, bo dzięki temu mogłem odskoczyć od schematu kapłana. Radość moja jest tym większa, że "PitBull" to film, jakiego w Polsce wcześniej nie było.

Woli pan role "mundurowe", jak ksiądz i generał, czy jednak cywilne?
Jest mi to zupełnie obojętne. Natomiast generalnie lubię grać mężczyzn zdecydowanych. Takich, którzy mają coś do powiedzenia i nie muszą pewnych rzeczy zbyt długo tłumaczyć. Interesują mnie role, które niosą coś głębszego, aniżeli powierzchowna, ledwo zarysowana figura. Kostium nie ma żadnego znaczenia. Najważniejsze jest wnętrze bohatera. To, co on przeżył, co przeżywa w danym momencie i co aktualnie ma do załatwienia.

W "Plebanii" jako ksiądz proboszcz ma pan za zadanie wysłuchać wiernych i rozmawiać z nimi cierpliwie.
Ksiądz Antoni objaśnia swoim parafianom pewne prawdy, tłumaczy im, co jest dobre, a co złe. Jest ich autorytetem.

Prywatnie też potrafi pan słuchać ludzi? To wielka sztuka
Myślę, że nauczyłem się jej. To kwestia bogatych doświadczeń życiowych. Los rzucał mnie przecież po różnych rejonach Polski, a potem również i za granicę. Poza tym niewątpliwie pomogła mi w tym rola w "Plebanii". Nie da się ukryć, że są to rzeczy bardzo ściśle ze sobą związane.

Bywa, że czuje się pan księdzem Antonim? Tomasz Stockinger powiada, że czasem już nie wie, czy on, to on, czy doktor Lubicz.
Ze mną aż tak źle nie jest. Pewnie dlatego, że na co dzień prowadzę dość aktywne życie, uprawiam sport, spotykam się ze znajomymi, sporo podróżuję, mam więc dystans do proboszcza. Udaje mi się nawet o nim zapominać.

Trzeba to sobie jasno powiedzieć, że dzięki tej roli znalazł się pan na firmamencie. Ciekawe, czy czuje się pan gwiazdą?
Gwiazdą się nie czuję, ale osobą popularną już tak.

Wszyscy znają pana twarz i wiedzą, jak się pan nazywa. Czy to przekłada się na pieniądze?
Polska to nie Hollywood. Ameryki nijak nie da się porównać do polskich warunków. U nas aktorzy, mimo nawet ogromnej popularności, żyją dość skromnie. Takie są polskie warunki i tego nie przeskoczymy jeszcze długo. Inna rzecz, że wcale mi nie tęskno do Ameryki. Ja nie mówię, że żyjemy w ubóstwie, bo to byłaby nieprawda. Jeśli na przykład o mnie chodzi, mam stałą pracę i jestem z tego bardzo zadowolony. To wielkie szczęście trafić na długoterminową rolę, potrafię to docenić. Niektórzy koledzy mówią mi: "Stary, złapałeś Pana Boga za nogi", l trochę prawdy w tym jest. Ja bym tylko chciał, żeby to się przekładało jeszcze na inne propozycje.

A czy to prawda, że otrzymuje pan niekiedy propozycje spowiedzi?
Zgadza się. (śmiech) Trafiają do mnie takie oferty. Gdy któregoś razu jechałem pociągiem, pewna pani poprosiła mnie - całkiem serio! - o to, bym ją wyspowiadał. Nie mogła zrozumieć, że nie jestem księdzem Antonim. Starałem jej się to wytłumaczyć, ale ona sądziła, że żartuję. Na porządku dziennym są powitania w stylu: "Niech będzie pochwalony" czy "Szczęść Boże".

Na dłuższą metę może być to uciążliwe...
...ale dowodzi jednej rzeczy: ta postać jest na tyle wiarygodna, że ludzie wierzą, że ja jestem księdzem.

Rozmawiała: Anna Wiejowska




Włodzimierz Matuszak
KSIĄDZ W ŁÓŻKU Z KOBIETĄ
(Super Express - 25.04.2005)



Włodzimierza Matuszaka (58 I.), czyli księdza Antoniego z "Plebanii", wkrótce zobaczymy w "Pensjonacie Pod Różą".

Co ksiądz Antoni będzie robił w pensjonacie "Pod Różą"? Czyżby miał jakąś tajemnicę?
(śmiech) Nie ksiądz, tylko aktor, który gra księdza, dostał propozycję zagrania nowej, zupełnie innej roli.

To będzie Casanovą?
Mój bohater Rafał Kosicki bardzo chętnie nawiązuje kontakty, rozmawia, dowcipkuje, ale Casanova z niego żaden.

Podobno jednak ląduje w łóżku z kobietą...
Nie przesadzajmy z tym łóżkiem. Rafał jest bogatym biznesmenem, który podczas podróży służbowej zatrzymuje się w pensjonacie "Pod Różą". W tym czasie jego młoda, bo zaledwie 30-letnia żona, knuje pewną intrygę. Chce go złapać na zdradzie małżeńskiej.

...i podsuwa mu swoją koleżankę.
Owszem, ale zdradzę, że nie do końca uda im się zrealizować ten perfidny plan, bo Rafał nie jest specjalnie skory do skoków w bok.

Odskocznię od księdza Antoniego miał pan również w kinowym filmie "Pitbull".
Gram tam komendanta stołecznego policji. Jeśli powstanie z tego serial, a są takie plany, mój komendant będzie miał więcej roboty A co do proboszcza Antoniego, to wciąż go bardzo lubię.






Włodzimierz Matuszak
BEZCZYNNOŚĆ TO NIE TO
(Tele Tydzień Nr 10 - 07.03.2005)



Niedawno aktor spędzał kilka dni z rodziną w swojej wiejskiej posiadłości na Pomorzu. Niespodziewanie do drzwi zapukał ksiądz. Natychmiast rozpoznał bohatera serialu powiedział: czy ksiądz proboszcz zechce przyjąć kolędę? Po odprawieniu ceremonii opowiedział domownikom, że chodząc po kolędzie, upominał wiernych, iż nie pojawiają się w kościele, na co usłyszał: tak, ale za to oglądamy "Plebanię"...

Zagrałeś komendanta policji w "Pitbullu". Czy ksiądz i policjant mają jakieś cechy wspólne?
Obaj noszą mundur oraz w zależności od sytuacji jeden i drugi musi wykazywać zrozumienie i zdecydowanie.

Prywatnie jesteś zdecydowanym mężczyzną?
Jestem zodiakalną Rybą, więc miewam czasami , wahania w podejmowaniu decyzji, aczkolwiek cały czas nad tym pracuję. Ta cecha jest niezwykle przydatna w dzisiejszych czasach.

Ale solidność masz chyba wrodzoną?
To prawda. Jestem niezwykle punktualny, nie zaniedbuję żadnych spraw zawodowych. Rzadko się zdarza, żebym zignorował jakieś spotkanie, na które byłem umówiony.

I, mimo popularności, nadal jesteś osobą skromną.
Skromność to prawdziwa cnota XXI wieku. Powinni o niej pamiętać szczególnie ludzie młodzi, którzy często stają się popularni dzięki mediom i nagle odbija im przysłowiowa palma. Zanim poczują się tzw. gwiazdeczkami powinni najpierw skierować swoje kroki do psychologa. To nie jest żart. Ten zawód jest niebezpieczny.

A czy sukces sprawia Ci przyjemność?
Akurat w tym momencie swojego życia bardziej przeżywam sukces swojej córki Dagmary, która jest wybitną plastyczką; skończyła ASP w Krakowie. Niedawno w USA ukazała się książka Neila Gaimana pt "Melinda" z jej ilustracjami, która zebrała znakomite recenzje. Niebawem ukaże się również na rynku polskim.

Jak relaksujesz się w chwilach napięcia?
Chodzę do kina, które kocham od czasów wczesnej młodości. W wolnych chwilach lubię też pójść na spacer lub wsiąść w samochód i wyjechać za miasto na łono natury. Jeśli mam kilka dni wolnych, jadę do żony do Niemiec, odwiedzam córkę w Krakowie, albo spędzam czas wśród moich ukochanych koni.

Czyli nie potrafisz siedzieć bezczynnie?
Tak, zastanawiam się, czy czasem nie jestem już pracoholikiem? Ale najlepszy sposób na relaks to spacer i jakaś mała przyjemność...

Rozmawiała: TESSA




Włodzimierz Matuszak
PROBOSZCZ, ELIOT I SMAK ŻYCIA
(Kurier Lubelski 11-12.08.2001)



Nie przypomina gwiazdy seriali. Na spotkanie przychodzi kilka minut wcześniej. Ubrany w spodnie i kurtkę khaki, zapala kolejnego papierosa i obiecuje sam sobie: - W końcu rzucę kiedyś palenie. Zamawia małą czarną w swojej ulubionej kawiarni "Mozaika" na Mokotowie, kilka metrów od domu. Na co dzień nosi druciane okulary, tylko na planie serialu "Plebania", gdzie gra proboszcza Antoniego, zakłada szkła kontaktowe. Włodzimierz Matuszak od dwóch lat mieszka w Warszawie, z żoną Marią i ukochanym psem Eliotem, rasy bulterier.

Szlak za Rozhinem
Pochodzi z Wielkopolski. Jego pasją od najmłodszych lat było kino i tak zostało do dziś, ale koleje losu zrządziły, że zamiast zostać po studiach w dużym mieście, świadomie wybrał teatr prowincjonalny. Uważał, że tylko tam może się rozwijać jako młody aktor. Już jako student PWSTiF w Łodzi, grywał w teatrze w Gorzowie Wielkopolskim i tam spotkał Andrzeja Rozhina. Okazało się, że "nadają na tych samych falach", doskonale się rozumieli. Dlatego kiedy Rozhin został dyrektorem teatru w Olsztynie, nie wahał się i rozpoczął pracę w tym teatrze. Potem grał "przelotnie" w Tarnowie i pojechał znowu za Rozhinem do Koszalina i Szczecina. Dzięki Rozhinowi znalazł się też w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie: - Myślę, że odejście Rozhina z Lublina było dla niego krzywdzące - uważa po latach Włodzimierz Matuszak - łączyła nas przyjaźń i mnie jako aktorowi bardzo podobał się jego teatr.

Wspomnienie z Lublina
Do Lublina przyjechał w 1985 roku. Zanim zamieszkał na Czechowie na ulicy Górskiej, przez pół roku wynajmował pokój w "Lubliniance" i "Victorii": - Wtedy w Lublinie był w teatrze bardzo zgrany zespół, świetnie nam się .współpracowało z Krzysiem Torończykiem i kolegami. Ulubionym miejscem spacerów Matuszaka była lubelska Starówka, którą nazywa "perełką" Lublina. Chociaż była szara i nieodrestaurowana, czuł czar i magię tego miejsca. Po spektaklach w Teatrze Osterwy bankietował w nie istniejącej już kawiarni "Nora". Kiedy mieszkał w Lublinie, czytał "Kurier Lubelski": Z sentymentem wspo mina swoją rolę w "Operze za trzy grosze" B. Brechta: - Jestem aktorem śpiewającym... Z tym spektaklem zespół Teatru Osterwy odwiedził Debreczyn. Druga ważna lubelska rola to jeden z pracowników leśnych w "Okręcie" St. Tyma. To był naprawdę znakomity spektakl. W Lublinie zaprzyjaźnił się z Jerzym Rogalskim, którego spotkał po kilkunastu latach na planie serialu "Plebania" jako Tośka.

Jedną nogą w Polsce
Z Lublina wyjechał za granicę. Na początku planował Stany, ale zdecydował się wyjechać do Niemiec. Tam zrobił licencję aktorską i wyszlifował język. Chociaż miał prawo wykonywania zawodu, nie pracował jako aktor: - Nadal mam otwartą drogę i nic nie stoi na przeszkodzie, żebym tam zaistniał. W Nadrenii-Westfalii mieszkał przez czternaście lat: - Wróciłem, bo tęsknota była nieodłącznym elementem mojego pobytu na emigracji -tłumaczy Włodzimierz Matuszak. W międzyczasie córka Dagmara w Niemczech zdała maturę i wybrała studia na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. - Jestem jedną nogą w Polsce - mówi. Na razie zamieszkał w Warszawie i wynajmuje mieszkanie przy Puławskiej.

Na planie jest po bożemu
Zgłosił się na casting do serialu "Plebania". Kandydatów do roli proboszcza było wielu i zdjęcia próbne trwały bardzo długo. Podczas końcowych eliminacji zostało pięciu "proboszczów", a wśród nich Matuszak: - Ze wszystkimi bohaterami serialu grałem, w parze. I nagle okazało się, że wygrałem casting. Zdjęcia do serialu rozpoczęły się 21 lipca 2000 roku. O planie mówi: - Atmosfera jest fantastyczna, wspólnie tworzymy ten serial, doskonale się rozumiemy z reżyserami i producentem. Ja po prostu lubię ludzi, z którymi pracuję. Serialowy proboszcz prywatnie nigdy nie chciał być księdzem. Oczywiście jest osobą wierzącą, co w pewnym stopniu ułatwia mu granie takiej roli. Przyznaje się, że podczas przygotowań do roli "brał korepetycje", to znaczy obserwował życie prowincjonalnej plebanii na wschodzie Polski. Producent poprosił zaprzyjaźnionego proboszcza o fachowe konsultacje. Na plebanii spędził ponad tydzień, bardzo miło wspomina ten okres. Teraz podczas kręcenia scen celebry i obowiązków duszpasterskich obecny jest ksiądz-konsultant. A lubiane przez telewidzów powiedzenie proboszcza do wikarego "słuchaj, ksiądz" i "daj spokój, ksiądz" zostało "podsłuchane" na prawdziwej plebanii. - Na planie jest po bożemu - mówi Matuszak -oczywiście zdarzają się zabawne sytuacje, na przykład przejęzyczenia. Ulubionymi scenami Włodzimierza Matuszaka są sceny dotyczące jego wielkiej miłości z młodości, Leny. Ksiądz, który kiedyś był zakochany wydaje się ludziom bardziej autentyczny. Aktor lubi swoje dialogi z młodym aktorem Teatru Starego w Krakowie, grającym wikarego, Bogdanem Brzyskim: - To wspaniały aktor, niezmanierowany i świeży. Ma wielki talent - podkreśla. Poza tym uwielbia przekomarzać się z "babcią Józią", serialową gospodynią. Praca na planie jest czasem bardzo męcząca. Cztery odcinki powstają w ciągu dziesięciu dni roboczych. Tak polubił pracę na planie, że teraz trudno mu byłoby wyobrazić sobie przerwę. A "Plebania" była kręcona do 26 lipca, teraz jest przerwa wakacyjna i telewidzowie zechcieli powtórki. Dalsze odcinki powstaną we wrześniu.

Bulterier z duszą i konie
- W naszym domu zawsze były psy - opowiada Włodzimierz Matuszak. Pierwszego psa - foksteriera wygrał w pokera i przyniósł swojej przyszłej żonie. Narzeczona bardzo się ucieszyła. Potem mieli kolejnego foksteriera i spaniela, które zawsze były traktowane jak członkowie rodziny. Od kilku lat ma bulteriera, którego nazwał nazwiskiem ulubionego poety Eliota: - Bulterier to pies o niepowtarzalnym charakterze - przekonuje - to chodząca łagodność i dobroć i oczywiście ma duszę. Kolejną pasją Włodzimierza Matuszaka są konie. W stadninie na Pomorzu trzyma własną klacz, która już doczekała się potomstwa, więc ma dwa konie. W weekendy i podczas wakacji rodzina Matuszaków wyrusza na konne wyprawy wśród lasów i łąk. Niedawno aktor kupił stare gospodarstwo na Pomorzu Zachodnim: - To będzie moja ostoja w przyszłości.

Proboszcz przyrządza kolację
- Niestety, mam dwie lewe ręce, jeśli chodzi o sprawy techniczne i majsterkowanie - przyznaje z rozbrajającą szczerością Włodzimierz Matuszak - za to potrafię i uwielbiam gotować. Kiedy gotuje, odreagowuje stresy i się odpręża. Kiedyś prowadził w domu dwie kuchnie, bo córka jest wegetarianką. Żonie i gościom bardzo smakują jego potrawy. Razi go snobizm i nuworysze. Jeździ jedenastoletnim samochodem, bo to samochód ma służyć człowiekowi a nie odwrotnie. Trudno mu odnaleźć się w czasach komercji kultury: - Chociaż rządzi wolny rynek, to pogoń za pieniędzmi za wszelką cenę przeraża mnie. Krytykuje kulturę niskich lotów, "ta wysoka musi istnieć" i zalew bylejakości. - Czasami tęsknię za teatrem - mówi aktor - bo teatr ma w sobie "to coś", niepowtarzalną i niezwykłą atmosferę. Ale nie chcę tam być za wszelką cenę. Jest idealistą. Twierdzi, że nie można dać się zwariować pieniądzom ani przedmiotom. A w pogoni za sukcesem tak łatwo zagubić siebie. Za najważniejsze w życiu uważa dobre relacje między ludźmi, bo czy jest coś ważniejszego? Kiedyś marzył o studiowaniu polonistyki, ale egzaminy do szkoły teatralnej odbywały się wcześniej. Gdyby nie był aktorem na pewno zostałby psychoanalitykiem. Dusza ludzka ma tyle zakamarków, których nie znamy. W wolnych chwilach czyta poezję, zaczytywał się w niej od młodości. Wśród mistrzów słowa wymienia jednym tchem Eliota, ks. Twardowskiegp, Różewicza, Herberta, Grochowiaka, Miłosza. Nie przywiązuje nadmiernej wagi do ubrań, wierny od lat zasadzie, że nie szata zdobi człowieka. Nie lubi zakładać garnituru i krawata, chyba że "naprawdę musi": - Swobodnie czuję się w sutannie - śmieje się Włodzimierz Matuszak. Z tą serialową sutanną miał wiele zabawnych sytuacji: - Zdziwi się pani, ale ludzie na ulicy naprawdę utożsamiają mnie z proboszczem. Zdarza się, że mówią na jego widok "Szczęść Boże". Aktor chroni swoją prywatność i nie chce być gwiazdą brukowców. Wprawdzie udziela wywiadów, ale wybiórczo: - W moim życiu nie ma nic z sensacji ani ze skandalu. Od 28 lat mam tę samą żonę. Nie miewam romansów, nałogów ani długów. Zawsze byłem taki, jaki jestem teraz i nie zamierzam się zmieniać.

Rozmawiała: Katarzyna Szeloch




Włodzimierz Matuszak
PROBOSZCZ W CYWILU
(Na Żywo nr 8 02.04.2001)



Ponad ćwierć wieku czekał na uznanie i popularność. Dzięki roli w "Plebani!" zyskał coś jeszcze - sympatię telewidzów. Był aktorem teatralnym, sławę przyniósł mu serial
Pochodzi z Wielkopolski. W 1967 r. zdał do warszawskiej PWST, skąd rok później go usunięto. Zaczął więc studia w łódzkiej "filmówce", skąd również, w 1972 r., został relegowany. Pracował jako kierownik Klubu Medyk w Gnieźnie, potem w tamtejszym teatrze. W 1975 r. wrócił na łódzką uczelnię i ją skończył. Grał w teatrze w Olsztynie, gdzie dyrektorem był Andrzej Rozhin. "Odpowiadał mi jego teatr, rozumiałem go i ufałem mu. Gdy Andrzej dostał propozycję objęcia teatru w Tarnowie - pojechałem za nim. Potem był Koszalin, gdzie zacząłem reżyserować, i Teatr Polski w Szczecinie, gdzie byłem najdłużej, bo 5 lat" - mówi. Ze Szczecina wyjechał na emigrację do Niemiec, gdzie spędził 14 lat. Przyjechał do Polski, by zagrać rolę proboszcza w serialu "Plebania".
Uparty i niepokorny. W niczym niepodobny do spokojnego, spolegliwego proboszcza z serialu "Plebania". Dwa razy usunięto go ze szkoły teatralnej, ale i tak ją skończył i został aktorem. Jednak na wiele lat porzucił i zawód, i Polskę. Pracował m.in. jako szef kuchni w niemieckiej knajpce.


Jaką potrawą uwiodłeś Niemców?
Zupą gulaszową. Niemcy dopytywali się, czy to polski przepis. Powiedziałem, że węgierski, co było bujdą, bo sam wymyśliłem recepturę. Na wiele prywatnych przyjęć gotowałem swoją gulaszową.

W technikum spożywczym chyba nie uczyli cię gotowania...
Tylko przetwórstwa. Gotować nauczyłem się od mamy. Była w tym artystką.

Zdradź przepis na tę zupę...
Nigdy, chyba że jej spróbujesz i sama się domyślisz....

Twoje dziewczyny ją lubią?
Córka jest wegetarianką. A dla żony przygotowuję zwykłą pieczeń ze wspaniałym sosem i do niej podaję sałatę z ziołami.

Dlaczego wyjechaliście z kraju?
W stanie wojennym dostałem po kościach. Cenzura zastopowała premierę "Ołtarza wzniesionego sobie" Iredyńskiego. Odmawiałem udziału w akademiach, zacząłem dostawać anonimy. Były to pocztówki, w których upominano mnie: "Polska Ludowa dała ci wszystko, wykształcenie, a ty ten kraj opluwasz i zachowujesz się jak minister Zimermann" (wtedy minister spraw wewnętrznych Niemiec).

Bałeś się, że po anonimach będą groźby?
Czułem zagrożenie. Jeszcze zdążyłem z kolegami stworzyć teatr dla młodzieży. Przedstawiliśmy nieznaną poezję międzywojenna i opowieść o marszałku Pilsudskim. Były pieśni legionowe i były łzy. Nauka też. Zagraliśmy raz i... koniec, szlaban. Dotarło do mnie, że nie mam tu co robić.

I wtedy się przelał ów kielich goryczy?
O wyjeździe zdecydowały dwa epizody. Byłem z przyjaciółmi w kawiarni i facet zwymiotował mi pod nogi. Personel nic, żadnej reakcji... I drugi, gdy w Wigilie rano poszedłem do sklepu i nie było chleba. Usłyszałem, że już nie będzie i "ze skargami do wojewody"... Powiedziałem do żony: "To już koniec, wyjeżdżamy". W lipcu 1986 pojechaliśmy do Nadrenii-Westfalii.

Wierzyłeś, że tam będzie ci łatwiej żyć?
Szybko otrzymaliśmy prawo pobytu, ale na początku nie było łatwo. Żeby utrzymać rodzinę, chwytałem się każdej pracy.

Nosiłeś węgiel, sprzątałeś ulice?
Zacząłem od montowania solariów za grosze, potem pracowałem u ogrodnika. Jeździłem ciężarówka, pomagałem przy rozbiórkach domów. Jeszcze dziś mam stwardniałe od pracy fizycznej dłonie. Do tego męczyły mnie koszmarne emigracyjne sny. Kiedy czytam, że po przyjeździe na Zachód jakiś aktor dostał prace w teatrze, pękam ze śmiechu. Żeby nie zerwać z zawodem, zacząłem robić imprezy dla Polonii. Wyreżyserowałem spektakl złożony z wierszy, m.in. Norwida, mówiących o tęsknocie za krajem. Byłem tym tak wzruszony, że ogarnęły mnie wątpliwości, czy dobrze zrobiłem, wyjeżdżając z Polski. Nigdy zresztą nie zrzekliśmy się obywatelstwa polskiego.

Dlaczego więc nie wróciłeś do kraju?
Próbowałem walczyć o siebie i o złudzenia. Największą przeszkodą była nieznajomość języka. Do tego dołączyły się kłopoty zdrowotne żony. Maria musiała mieć operacje serca. Tak naprawdę właśnie to zatrzymało nas w Niemczech. W Polsce na taką operację czeka się latami, tam wszystko poszło szybko i, dzięki Bogu, skończyło się dobrze. Czuliśmy się samotni, zagubieni i wystraszeni. Dobrze pamiętam, gdy z córką trzęśliśmy się pod salą operacyjną. Po rehabilitacji żona znalazła dobrą prace w zawodzie. A ja byłem szefem kuchni...

Nie powiesz, że zostałeś też kurą domową...
Nie pozwoliłaby mi na to męska duma. Postanowiłem zdobyć licencję umożliwiającą wykonywanie zawodu aktora. Dwa miesiące pracowałem nad akcentem i literackim niemieckim, po czym z duszą na ramieniu pojechałem na egzamin do Frankfurtu. Był taki moment, że chciałem uciec. Zadzwoniłem do żony i powiedziałem, że nie podołam. A ona spokojnie zaczęła mi przypominać, ile lat w Polsce byłem na scenie. Jej głos był jak balsam. Udało się. Usłyszałem parę komplementów i propozycję, bym skontaktował się ze szkoła teatralną i poprawił niewielkie braki w akcencie. Wpisali mnie w rejestr. Poprosili o komplet zdjęć. I dalej... nic. Cisza, żadnych propozycji.

Czekałeś z założonymi rękami?
Nie. Coraz częściej przyjeżdżaliśmy do kraju. Zagrałem w Bydgoszczy kilka ról i pomyślałem: "Może by tak do Warszawy?". Gdy usłyszałem, że mogę być proboszczem w "Plebanii", zdębiałem. Czekały mnie próbne zdjęcia. Mimo doświadczenia, czułem się jak przed egzaminem.

Czy ta rola dała ci coś jako człowiekowi?
Bardzo dużo. Pobudziła mnie na przykład od przeczytania na nowo Biblii. Gdy jako ksiądz Antoni mówię mądre słowa, zastanawiam się nad ich sensem. To dziwne, ale często zachowałbym się podobnie jak on. Ta rola uszyta jest na moją miarę. Daje mi siłę i radość. Widzę wiele zbieżności z moimi przemyśleniami na temat miłości, honoru, przyzwoitości.

A co ty dajesz tej roli ?
Swoje doświadczenia. Byłem i głupi, i źle robiłem, potem naprawiałem to, błądziłem. Ale się starałem.

Czy dobrze czujesz się w sutannie?
Chwilami lepiej niż w marynarce.

Jak rodzina ocenia cię w roli księdza?
Co jakiś czas przesyłam do Niemiec kasetę z kilkoma odcinkami. Żona ogląda je z wypiekami na twarzy i zaraz do mnie dzwoni. Mam w niej największego przyjaciela i wsparcie. Myślę, że odetchnęła z ulgą, że już nie muszę inaczej zarabiać. Jednak decyzja grania w "Plebanii" wiązała się z rozstaniem. Telefonujemy więc do siebie codziennie i znaczna część mojej gaży trafia do właściciela sieci komórkowej.

Czy trudno ci było wrócić do aktorstwa?
Tak. Gdyby nie rodzina - sczezłbym. Przez 14 lat nie grałem, ale musiałem zaryzykować. Kocham ten zawód.

Jak więc znosiłeś lata bez grania?
Kiedy poszedłem do niemieckiego teatru i zasiadłem na widowni, coś mnie ścisnęło, złapało za gardło. Gdybym wiedział, że Polska tak się zmieni, nie wyjechałbym.

Jesteś szczęśliwy?
Tak. Jestem spod znaku Ryb, więc wszystko, co złe, szybko zapominam. Żona jest Rakiem, świetnie się uzupełniamy. Dużo jej zawdzięczam - jej wyrozumiałości, cierpliwości. Zawsze stała przy mnie. Gdy nie mogłem grać, byłem nieznośny. Ale "Plebania" pozwoliła mi wyjść na prostą. W każdym sensie.

Rozmawiała: Magda Olszewska




Włodzimierz Matuszak
BYŁEM SZEFEM KUCHNI
(Super Express TV nr 48 01-07.12.2000)



Mała zagadka: ile guzików ma sutanna?
33!

A jak się trzyma krzyż i różaniec?
O, z tym zadaniem też już sobie jakoś radzę. Gorzej mi idzie z rytuałami, takimi jak spowiedź czy ostatnie namaszczenie.

Wiem, że lekcje, jak być proboszczem, wziął Pan u prawdziwego księdza w jednej z plebani! gdzieś na wschodzie Polski. O co Pan pytał?
Co ksiądz bierze ze sobą idąc do chorego. Jak spowiadać. Przyglądałem się, jak proboszcz podchodzi do parafian, żeby zamienić z każdym choć parę słów. Odwiedzałem wiejskie kościółki. Na prowincjonalnych plebaniach wszystko, co się dzieje u ludzi, znajduje odbicie w kancelarii, u proboszcza. Tak samo jest na naszej filmowej "Plebanii".

Czy przed zdjęciami twórcy serialu pytali, czy jest Pan wierzący?
Owszem, pytał o to producent. Odpowiedziałem, że wprawdzie nie praktykuję zbyt pilnie, ale bywa, że wchodzę do pustego kościoła i sam na sam rozmawiam z kimś, kto jest ponad nami.

Zdarzyło się Panu kiedyś zaprzyjaźnić z księdzem?
O, tak, w polskiej parafii w Bochum, w Niemczech. Robiliśmy tam z księdzem Sławkiem poetyckie widowiska dla Polonii. Bywał u nas w domu, dużo rozmawialiśmy. Przekonałem się wtedy, że ksiądz to zupełnie zwykły człowiek, który lubi na przykład palić papierosy albo słuchać Beatlesów. Ksiądz Sławek wkrótce zrezygnował z kapłaństwa, niemniej ja, przygotowując się do roli, również jego miałem w pamięci. Mój ksiądz w "Plebanii" nie jest kimś niedostępnym, na piedestale. Jest normalnym facetem, wykonującym swoją powinność.

W Niemczech mieszkał Pan na stałe?
Przez 13 lat. Wyjechałem na stałe na Zachód, kiedy okazało się, że tu nie mogę robić tego, co chcę.

Nie miał Pan pracy?
Pracowałem, normalnie zarabiałem na scenie. Ale kiedyś w Szczecinie wraz z grupą młodych ludzi przygotowaliśmy poza teatrem spektakl o marszałku Piłsudskim. To były takie ponure czasy, połowa lat 80. - wystawiliśmy go raz, po czym dostaliśmy szlaban. Wtedy miarka się przebrała. Namówiłem żonę i córkę na wyjazd do Niemiec. Łatwo wcale nie było.

Nie mógł Pan grać w Niemczech?
Gdybym był typem orientalnym, to może miałbym szansę, ale tak? Oni tam mają dziesiątki niemieckich bezrobotnych aktorów, którzy z powodzeniem potrafią naśladować polski akcent. Chciałem zdobyć licencję aktorską. Najpierw w ogóle nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Za drugim razem zdałem. Ale pracy w zawodzie aktora i tak nie dostałem.

Z czego żyliście Państwo wtedy?
Pracowałem jako kierowca ciężarówki. Rozbierałem stare budynki. Przez półtora roku byłem szefem kuchni.

No to pichcić potrafi pan wyśmienicie!
Gotować to ja umiałem już wcześniej! Zawsze podpatrywałem, jak gotowała moja mama. Nieraz dostawałem po łapach, podbierając coś z garnka. No i, zanim dostałem się na studia aktorskie, skończyłem technikum gastronomiczne.

Słyszałam, że świetnie jeździ Pan konno.
Uwielbiam jazdę konną! Każde wakacje z żoną i córką spędzaliśmy w stadninie. Od niedawna mamy nawet własną, piękną klacz.

Gdzie Pan trzyma tego konia? W Warszawie?!
W Nowielicach pod Trzebiatowem. Zjeżdżamy tam z trzech stron świata. Ja, nagrywając "Plebanię" - z Warszawy, córka - z Krakowa, a żona - z Niemiec, bo ciągle jeszcze mieszka w Bochum. Kupiliśmy na Pomorzu stare gospodarstwo. Kiedyś osiądziemy tam na stałe. Na razie życie rodzinne prowadzimy przez telefon.

Rozmawiała: Bożena Chodyniecka







© 2000-2005 Telewizja Polska S.A. Producent wykonawczy serialu BESTA FILM; współpraca STI Studio Filmowe;
e-mail: plebania@besta.pl