Wojciech Dąbrowski
RODZINA JEST ZE MNIE DUMNA
(Tele Tydzień Nr 38 - 15.09.2008)



Jego życie dowodzi, że marzenia się spełniają. Od jedenastu lat jest współwłaścicielem Wrocławskiego Teatru Komedia. Od ośmiu komendantem Policji w Tulczynie w serialu "Plebania" i dobrze czuje się w tej roli.

Pański bohater. Piotr Wojciechowski już osiem lat jest komendantem Posterunku Policji w Tulczynie. Właściwy człowiek na właściwym miejscu.
Też tak myślę. Jest spokojny, opanowany i bardzo prawy. Ukończył KUL, jest wierzący, właściwie bez nałogów, poza jednym alkoholowym epizodem. Kiedy jego żona wyjechała do Anglii pił z rozpaczy. Na szczęście szybko się pozbierał i jako stróż porządku czuwa nad Tulczynem. To trochę nie ja, ale lubię tę postać.

Poukładany gość. Nie chciałby Pan, żeby scenarzyści coś zmienili w tej postaci?
Myślę, że nie ma takiej potrzeby. Serial ma swój specyficzny rytm, tempo oraz swoją publiczność. Dlatego scenarzyści czuwają nad tym, żeby nie poszło to w jakieś wątki sensacyjno-kryminalne, choć nie ukrywam, bardzo bym chciał. Grając tę postać bardzo się wyciszyłem. Z natury jestem cholerykiem, a to nie sprzyja kontaktom z ludźmi (śmiech). Muszę mieć to na względzie, bo oprócz tego, że jestem aktorem, prowadzę własny teatr.

Niedawno wrócił Pan ze Stanów Zjednoczonych. Jak było?
Fantastycznie! Zważywszy na to, że był to mój pierwszy raz. Jestem pod wrażeniem tego, co zobaczyłem. Stany to piękne krajobrazy i naprawdę wspaniali ludzie. Amerykanie są otwarci i przyjaźnie nastawieni do wszystkich, których spotykają. W przyszłym roku planujemy tam wrócić.

Podobno miał Pan świetnego przewodnika.
O, tak. Najlepszy jaki mógłby być. Moja żona jakiś czas temu mieszkała w Stanach. Dzięki niej zobaczyłem wszystko, co było warte obejrzenia na trasie naszej podróży. Z mapą w ręku pokonaliśmy samochodem 5 tysięcy kilometrów. Zwiedziliśmy w sumie 4 stany. Byliśmy w najpiękniejszych Parkach Narodowych stanów Utah i Nevada. Wszystko oczywiście jest uwiecznione na zdjęciach.

Miasto Aniołów też Państwo zaliczyliście?
Byliśmy w Los Angeles, nie obyło się bez wizyty w Hollywood, Santa Monica i na słynnej Malibu Beach.

W Vegas nie przegraliście w kasynie fortuny?
Na początku, owszem przegraliśmy dzienne "racje", ale po to, żeby się później odegrać (śmiech).

Jednym słowem ma Pan duszę hazardzisty.
Skąd! Kiedyś tylko raz udało mi się wygrać całkiem niezłą sumkę na wyścigach konnych. Chyba mam jednak fana do miłości, (uśmiech).

Nie porozmawialiśmy jeszcze o Pana wielkiej miłości do koni.
Kocham konie. Mam z nimi do czynienia od liceum. To piękne i mądre zwierzęta. Dlatego jeśli tylko dysponuję wolnym czasem, z przyjemnością siadam na konia.

Dostojnie się Pan prezentuje na koniu. Nie myślał Pan o tym, żeby mieć własnego rumaka?
W tym roku Wrocławski Teatr Komedia kupił konia. Pięknego ogiera. Nazywa się Hokus-Pokus. Odnoszę wrażenie, że jest z nami szczęśliwy. Ma takie uśmiechnięte oczy, bo to podobno czarodziejski koń.

Ma Pan duże sukcesy w jeździectwie. W Mistrzostwach Gwiazd w Zakrzowie w ubiegłym roku zajął Pan pierwsze miejsce w skokach przez przeszkody. W tym roku powtórzył Pan sukces i dołożył 2. miejsce w powożeniu.
To dla mnie duże zaskoczenie, a przy tym też ogromna satysfakcja. Przygoda z "zawodniczym" jeździectwem zaczęła się pięć lat temu, kiedy po raz pierwszy pojechałem do Zakrzowa. Przez pierwsze dwa lata nie startowałem. Podziwiałem jedynie swoich kolegów, którzy od lat biorą udział w zawodach. Wreszcie zadecydowałem, że sam spróbuję. Pod okiem trenera, miedzy innymi Marcina Konarskiego zacząłem intensywne przygotowania do imprezy. Dużo potu i bólu kosztowało to moje stare kości, ale było warto. Rodzina jest ze mnie bardzo dumna.

Rozmawiała Maria Ostrowska




Wojciech Dąbrowski
ŻONA MA RACJĘ
(Tele Tydzień Nr 5 - 31.01.2005)



Rozgłos dała mu rola komendanta w "Plebanii". Teraz w serialu "Pierwsza miłość" gra ojca głównej bohaterki, Marysi.

W "Plebanii" i "Pierwszej miłości" gra Pan porządnych facetów. To dobrze czy źle?
Gdy byłem jeszcze na studiach, nie spodziewałem się, że z moją twarzą będę grał porządnych, dobrych facetów. Myślałem raczej o rolach twardzieli i czarnych charakterów. To marzenie prawie każdego aktora. Czarny charakter przyjemniej jest grać. Takie role są lepiej zapamiętywane. Tak jest np. z Traczem w "Plebanii".

Zaakceptował Pan Jana Radosza z "Pierwszej miłości"?

Ja tak, ale rodzina podzieliła się w ocenie mojej roli. Mamie podoba się, żona oceniła ją dużo ostrzej.

Przyjmuje Pan uwagi żony?
Ona ma zawsze rację. Jest osobą spoza branży i bardzo krytycznie podchodzi do mojego zawodu. Często pytam ją o zdanie. Zdarza jej się chwalić, ale w większości wypadków każe mi się zmobilizować, pracować nad sobą. Wychodzę z założenia, że każda uwaga negatywna powinna aktorów budować, a przynajmniej spowodować, że zastanowimy się chwilę nad swoją pracą.

Jednak aktorzy rzadko akceptują krytykę.
To specyficzni ludzie - egocentrycy, którzy nienawidzą krytyki. Jeśli krytyk im coś zarzuci, to zawsze jest głupi i niedouczony. Walczę z takim myśleniem. Już minęły te czasy, kiedy po znakomitym spektaklu rzucało się aktorom na scenę biżuterię, a po klapie leciały śledzie albo pomidory. Po prostu trzeba umieć przyjąć krytykę z pełną pokorą.

Czy można stworzyć wielką rolę w serialu?
Można zagrać role, które widz zapamięta, może nawet polubi, ale tak naprawdę jesteśmy obsadzani "po warunkach". Ale taka jest teraz rzeczywistość, choć rola w serialu staje się marzeniem niejednego aktora. Kiedyś była obraza na reklamę i nikt z "wielkich" nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Teraz większość zabiega , o kontrakty reklamowe.

Jak Pan odpoczywa?
Najchętniej w moim domu we Wrocławiu. Niedawno wyremontowaliśmy stary, ponie miecki dom. Zrobiliśmy sobie tam wygodne gniazdko, gdzie uwielbiam przebywać. Lubię także intensywny, sportowy sposób spędzania czasu - narty, jazdę konną, sporty wodne.

Podczas niedawnego remontu wykazał się Pan znajomością rzemiosła?
Tak, sporo rzeczy wykonałem samodzielnie, choć poważniejsze prace zostawiłem ekipie budowlanej. Taka praca to dla mnie świetna odskocznia, ponieważ ostatnio musiałem wbijać do głowy bardzo dużo tekstu.

Ma Pan prywatny teatr i firmę reklamową.
Sześć lat temu założyłem z przyjacielem, Pawłem Okońskim, firmę Ars Media i Teatr Poniedziałkowy, który grał tylko raz w tygodniu, właśnie w poniedziałki. Teraz to już wrocławski Teatr Komedia - przedsięwzięcie, które jest realizacją naszych marzeń.

Rozmawiała Edyta Karczewska-Madej




Wojciech Dąbrowski
NAJDŁUŻSZA NOC POŚLUBNA
(Tele Tydzień Nr 4 - 26.01.2005)



W serialu "Plebania" gra komendanta posterunku policji w Tulczynie, nic więc dziwnego, że w środowisku policyjnym budzi wielką sympatię. Odwiedzając swoje rodzinne strony, Kowary w Karkonoszach, spotyka na drodze policjantów, którzy prócz miłej pogawędki zawsze proszą go o wpisanie się do księgi pamiątkowej. Niestety mandaty również płaci.

W grudniu wziął Pan ślub. Żona jest również aktorką?
Anna jest dyrektorem banku we Wrocławiu , nie ma nic wspólnego z aktorstwem i mam nadzieję, że tak pozostanie do końca życia. Zawodowo jest poważną kobietą. Ktoś musi być artystą , a ktoś mecenasem.

Podróż poślubną spędziliście Państwo w Finlandii?
Pojechaliśmy nawet dalej, dwieście kilometrów za koło podbiegunowe, - bo odkąd pamiętam, zawsze to było moje wielkie marzenie. Żona jest bardzo ciepłolubna, ale tym razem poświęciła się. Obiecałem jej, że będzie miała najdłuższą noc poślubną i tak się stało. Noc polarna trwa tam dwanaście dni.

Jest Pan przystojnym i wysportowanym mężczyzną. Widać, ze dba Pan o kondycję.
Uprawiam intensywnie sport. Latem jeżdżę na koniach, zimą na nartach, biegam. Kiedyś w AZS-ie, potem Gwardii grałem w siatkówkę, od niedawna wróciłem również do piłki ręcznej. Poza tym tak się szczęśliwie złożyło, że na swojej drodze spotkałem kobietę, która lubi ruch. Często, wyjeżdżamy za miasto, chodzimy po górach, lub po prostu spacerujemy

Nie mieszkacie Państwo w centrum miasta?
Przeprowadziliśmy się właśnie do starego poniemieckiego domku pod Wrocławiem , a w okolicach wsi relaks jest również przyjemniejszy. Kondycję zyskuje się tam przy odśnieżaniu łopatą sporego podwórka.

Rozmawiała Teresa Gałczyńska




Wojciech Dąbrowski
NA SZLAKU HAŃBY
(Tele Tydzień Nr 32 - 08.08.2005)



Bohater serialu "Pierwsza miłość", nieszczęśliwie zakochany Jan jest do znudzenia dobry i gapowaty. Miejmy nadzieję, że wkrótce scenarzyści wsypią mu do herbaty coś na pobudzenie.

Na małym ekranie pojawia się Pan jako mężczyzna szlachetny, poważny, odpowiedzialny.
Jan z "Pierwszej miłości" jest zaskakująco szlachetny, choć może teraz już nie tak bardzo. Wdał się w związki z dwiema kobietami i nie wiadomo, jak to się dalej potoczy.

Telewidzowie nie znają Pana z ról komediowych. Takie właśnie gra Pan we wrocławskim Teatrze Komedia.
Wraz z Pawłem Okolskim założyliśmy ten teatr przed siedmiu laty jako Teatr Poniedziałkowy. Teraz gramy we wrocławskim Teatrze Lalek i jeździmy ze spektaklami po kraju. Kiedyś zdaliśmy sobie sprawę, że we Wrocławiu jest za mało wystawianych komedii. To wyzwanie. Jak powiedział Charlie Chaplin: "Trudniej wywołać jest u widza łzy śmiechu, niż łzy wzruszenia."

Dużo Pan jeździ po Polsce. Jak wygląda Wrocław przy innych miastach?
Nie ma takiego miasta w Polsce! Szczególnie jeśli chodzi o życie nocne. To chyba ostatnie miejsce, gdzie istnieje bohema. Kraków jest znakomity, ale do niego tylko wpada się i wypada. Wrocław tętni życiem do rana. Wtedy się chodzi od lokalu do lokalu. W teatrze mówimy, że wędruje się "szlakiem hańby".

Lubi się dobrze Pan bawić? A co z wakacjami?
Najpierw z żoną jedziemy na Kaszuby, a potem na Sycylię. Ja lubię zimne klimaty, a żona - gorące. W podróż poślubną zabrałem ją do Finlandii, to teraz przyszła jej kolej. Nie będziemy zwiedzać, nastawiamy się na poznawanie ludzi, kuchni, atmosfery, miejscowych obyczajów.

Rozmawiała Katarzyna Nadolska







© 2000-2005 Telewizja Polska S.A. Producent wykonawczy serialu BESTA FILM; współpraca STI Studio Filmowe;
e-mail: plebania@besta.pl