SERIALI JEST ZA DUŻO
(Tele Tydzień Nr 27 - 03.07.2006) Stanisław Krzemiński. To on jest ojcem chrzestnym "Plebanii". l już od sześciu lat produkuje serial o życiu mieszkańców Tulczyna. Mówi, że powołuje do życia takie postaci, których brakuje w realnym świecie. Producent i reżyser, który jest w ciągłym ruchu. Lubi nowe wyzwania i właśnie zajął się produkcją serialu "Dwie strony medalu". W wolnych chwilach spędza czas, żeglując po morzach w towarzystwie żony, córki i przyjaciół. Co w pracy producenta jest najtrudniejsze? Żonglowanie między indywidualnościami, z którymi współpracuję. Reżyserzy, aktorzy czy scenografowie to indywidualiści, a praca przy serialu jest zespołowa. Trzeba się bardzo dobrze zastanowić, kogo z kim można zestawić, a jakie zestawienie jest wykluczone. Kto ostatecznie zatwierdza wybranych aktorów? Przy serialach telewizyjnych ostatnie słowo ma zamawiający, czyli stacja telewizyjna. Ten, kto płaci, ma prawo wymagać. Co się dzieje, jeśli proponowana przez aktora stawka jest dla producentów nie do zaakceptowania? Zmieniamy obsadę. Budżet to nie jest guma. Zdarza się, że mamy apetyt na jakiegoś aktora, który jednak stawia warunki nie do przyjęcia. Rozumie Pan takie postępowanie aktora? Oczywiście. Rynek serialowy jest stosunkowo tani. Uważam, że w tej chwili w Polsce seriali jest po prostu za dużo. Coraz częściej aktorzy powtarzają się w różnych produkcjach, a to odbija się na jakości. Ale Pan właśnie rozpoczął realizację kolejnego serialu dla telewizji... Mimo wszystko jest zapotrzebowanie (śmiech). Przygotowuję dla TVP 1 "Dwie strony medalu". Jest to jeden z projektów, który zwyciężył w konkursie organizowanym przez telewizję publiczną na nowe projekty telenowel i weekle. Telenowele trwają do pół godziny i są emitowane co najmniej dwa razy w tygodniu, a weekly to cotygodniowy 45 minutowy serial. Pana seriale pokazują konkretne miejsca. Znamy już "Plebanię". Co będzie tym razem? Jeszcze w latach 80. robiłem filmy o ludowych zespołach sportowych. Zjeździłem dużo prowincjonalnych klubów, które ogniskowały życie pewnej części młodzieży. Skupiały emocje, ambicje, konflikty. Wokół tego była cała otoczka społeczna. Matki chętniej widziały synów w klubie sportowym niż pod budką z piwem. Sięgnąłem po te wspomnienia i przeżycia, pracując nad nowym projektem. Mam rozumieć, że serial będzie opowiadał o sporcie? Nie, sport jest tylko pretekstem do tego, aby pokazać ludzkie zachowania, miłość. Chciałbym też, aby ten serial pełnił pewną rolę wychowawczą, bo sport jest do tego idealny. Seriale, które Pan produkuje, mają pełnić misję? Widzowie szukają wzorców zachowań. Od sześciu lat w serialu "Plebania" propagujemy pewien wzorzec proboszcza, z którym można porozmawiać niemal o wszystkim i do którego można zwrócić się ze swoimi problemami. Jeśli pod wpływem naszego serialu kilkoro wiernych zacznie zadawać księżom pytania, a kilku duchownych zastanowi się, czy nie warto podjąć dialogu, to można mówić o misyjności. Co sprawia Panu radość? Radość jest wtedy, gdy widzowie chcą oglądać moje seriale i utożsamiają się z tym światem. W "Plebanii", w święta Wielkanocne pokazaliśmy alkoholika, który złożył przed ołtarzem przysięgę, symbolicznie stawiając szklankę spirytusu przed grobem Jezusa. Po tym odcinku dostaliśmy list od nastolatka, który napisał nam, że jego ojciec alkoholik po obejrzeniu tej sceny się popłakał. Czytając list, poczułem taką niemal metafizyczną wartość. Rozmawiała Paulina Pawlak
|