Plebania
Strona główna Różności Wywiady Sylwia Wysocka

Sonda

Jak długo chciałbyś/chciałabyś oglądać Plebanię?

 

Sylwia Wysocka

Sylwia WysockaWZOROWA CÓRKA, MATKA I ŻONA

(Teletydzień Nr 3 - 17.01.2011)

W serialu stara się być wyrozumiałą teściową. Prywatnie nie ma jeszcze takich problemów. - Mój syn jest dopiero nastolatkiem - mówi z uśmiechem.

Doktor Barbara to ciepła i mądra kobieta. Docierają do Pani słowa sympatii dla tej postaci?

Wielokrotnie miałam okazję rozmawiać z widzami, którzy pozytywnie odbierają tę postać. Zwłaszcza ludzie starsi często powtarzają, że Barbara jest przykładną córką, żoną, matką, no i lekarzem.

Swego czasu Barbara wyjechała do Londynu. To była Pani decyzja, czy wymóg scenariusza?
I jedno, i drugie. Zagrałam wtedy w "Klanie" inną postać, dla odmiany negatywną. Ale potem, z przyjemnością, wróciłam do "Plebanii".

W "Klanie" też była Pani lekarką.
Tak się złożyło. Zauważyłam zresztą, że reżyserzy najchętniej widzą mnie w rolach tzw. inteligentek. Kiedyś zaproszono mnie na casting do filmu, gdzie poszukiwali aktorek do ról wiejskich kobiet. Przyznaję, że nie wyglądałam zbyt wiarygodnie w zapasce i chustce na głowie. -Jesteś za bardzo "miastowa" - powiedziano mi na odchodne. Myślę, że rola "wiejskiej baby" byłaby dla mnie dużym wyzwaniem.

Barbara to też wzorowa żona.
Myślę, że oboje z Piotrem (Wojciech Dąbrowski) już swoje przeszli. Teraz sen z powiek spędza im konflikt w małżeństwie syna, Mateusza (Michał Sieczkowski). Ale Barbara zachowuje zimną krew. To chyba najlepsze wyjście. Nie wtrącać się, a jedynie, w miarę możliwości, pomagać. Barbara zawsze miała bardzo dobre relacje z synem i mam nadzieję, że tak zostanie. W sprawach małżeńskich może im tylko służyć radą.

Wyobraża Pani sobie siebie w roli teściowej?
Nie bardzo. Mój syn jest dopiero nastolatkiem, więc chyba jeszcze nie muszę (śmiech)...

Rozmawiała Jolanta Majewska

 

 

Sylwia WysockaBARBARA WRACA DO PLEBANII

(Telemax Nr 14 - 02.04.2007)

Barbara wraca do Tulczyna prosto na niecodzienny ślub. Zakochani, Martyna i Danił, pokonali liczne przeszkody i teraz zgodnie z dwoma obrządkami - rzymskokatolickim i prawosławnym mówią sobie "Tak"

Stęskniłaś się za kolegami z planu "Plebanii"? Jak długo Cię nie bylo?

Oczywiście, stęskniłam się. Pracowałam z nimi, prawie 5 lat. Moja bohaterka wyjechała do pracy w szpitalu w Londynie, na moment wróciła i znów wyjechała. W sumie nie było jej 2 lata.

Czy przystojny lekarz ze szpitala w Londynie, to dla Barbary ktoś więcej niż kolega z pracy?
To tylko kolega z pracy. Barbara kocha rodzinę, ma męża nie wyobraża sobie, żeby miała romans.

Zaskoczona przez córkę Twoja bohaterka mimo oporów jedzie do Tulczyna. Czy tylko dla córki?

Chce ratować swoje małżeństwo, męża zagrożonego alkoholizmem, zobaczyć kochaną mamę i spotkać się z przyjaciółmi.

Twoja scena z córką ma duży ładunek dramatyczny. W pewnym momencie wykrzykujesz rozżalona: "Mnie też się coś od życia należy!" Sądzisz, że istnieje kobieta, która choć raz w życiu nie wypowiedziała takich słów?
Myślę, że nie istnieje, nawet jeśli żyje samotnie. Dla mnie intencje scenarzystów są jasne. Oni widzą kobietę, która za granicą szuka nie tylko pieniędzy, ratowania domowego budżetu i zabezpieczenia przyszłości dzieciom. Dla każdego lekarza taki wyjazd to również rozwój zawodowy. Problem w tym, że nikt z jej otoczenia tego nie dostrzega. Stąd m.in. pełen żalu wybuch do córki.

Czy Barbara wróci na stale?
Nie wiem.

To producenci prosili Cię, żebyś tego nie mówiła?
Nie musieli. Wyobraź sobie, że zdradzamy miłośnikom kryminału już na początku lektury, kto zabił. Watek powrotu Barbary cieszy się powodzeniem. Jakby to wyglądało, gdybym już dziś opowiedziała widzom szczegóły?

Rozmawiała Ewa Brand





Sylwia Wysocka NIE JESTEM TYPOWÄ„ BLONDYNKÄ„

(Tele Tydzień Nr 5 - 31.01.2005)

Piękna, pełna wdzięku. Nic dziwnego, że na ostatnim międzynarodowym festiwalu sukni ślubnych na warszawskim Torwarze, o zaprezentowanie jednej z najpiękniejszych poproszono Sylwię, ostatnio znaną z "Samego życia" i "Plebanii".

Jako panna młoda, puszczająca gołębie na wybiegu, wywołałaś ogromny aplauz widzów.
Najzabawniejsze, że suknię ślubną miałam na sobie po raz pierwszy. Nie brałam ślubu kościelnego. Nigdy również nie grałam panny młodej. Byłam mile zaskoczona, kiedy ujrzałam siebie w tej niecodziennej kreacji, fryzurze i specjalnym na tę okoliczność makijażu. Nie wspominając już o tremie. Zaskoczyło mnie, że pokaz sukni ślubnych, w dzisiejszych czasach, gdzie dominują wolne związki, wywołał tak duże zainteresowanie publiczności.

Twój mąż byt obecny na tym pokazie?
Niestety, może gdyby to obejrzał, wzięlibyśmy ślub kościelny (śmiech). Czułam się fantastycznie jako panna młoda.

W "Labiryncie" też grałaś w czarnej peruce.

Uwielbiam ciemne włosy, choć odziedziczyłam geny po ojcu, który jest blondynem. A jednak całe życie chciałam się przefarbować i ciągle nie miałam odwagi. Wmawiano mi, że w tym zawodzie jest większe zapotrzebowanie na blondynki. Prywatnie wolę brunetki i rude. Moja mama jest typową brunetką, taki typ Cyganki. Kiedy występowałam "W labiryncie" w czarnej peruce, rodzina mówiła, wyglądam dokładnie, jak moja mama w młodości. Żałuję, że w Polsce kręci się tak mało filmów kostiumowych, takich, jak np. "Chopin, pragnienie miłości". Świetnie czułam się w stroju z epoki romantyzmu.

Ogoliłabyś się dla roli na łyso?

W teatrze Kwadrat w "Mandacie" Erdmana zrobiłam z siebie brzydactwo. Na dodatek miałam na czarno pomalowane zęby i wyglądałam, jak prawdziwe straszydło. Chyba więc nie jestem typową blondynką która zawsze chce być piękna.

Rozmawiała Tessa




Sylwia WysockaCZASEM REZYGNUJĘ

(Tele Tydzień Nr 29 - 18.07.2005)

Pamiętamy ją z serialu "W labiryncie". Jako Marta Ignis, właścicielka gazety "Samo Życie", kobieta przedsiębiorcza, intrygantka, pewna siebie, idąca po trupach do celu, zaskoczyła wszystkich. Rolą pani doktor w "Plebanii" wzbudza sympatię i ciepłe uczucia. Taka też jest prywatnie.

Dziś niemal wszystko trzeba załatwić sobie samemu. Jak się w tym odnajdujesz?
Nie potrafię sobie załatwić kompletnie niczego. Mam problemy, aby poprosić znajomego lekarza o receptę. Gdybym potrafiła dbać o swoje interesy, pewnie byłabym nieco wyżej w hierarchii zawodowej. Nie sądzisz?

Chcesz powiedzieć, że nie potrafisz walczyć o swoje?
To na pewno! Jakiś czas temu poszłam na casting na prowadzącą do nowego talk-show. Byli tam bardzo życzliwi, fajni, sympatyczni ludzie. Poprosili, abym podgrywała innym koleżankom. Patrzyłam, jak to robią, i kiedy przyszła moja kolej, powiedziałam: "Bardzo przepraszam, ale rezygnuję". I wyszłam.

Naprawdę wycofałaś się?
Jestem aktorką, a tam startowały głównie dziennikarki radiowe, które znakomicie sprawdzały się w roli tzw. showmana. Stwierdziłam, że ja się do tego nie nadaję. Oddałam program walkowerem, wszyscy pukali się w czoło: "Przyszłaś, więc spróbuj!". Czy takie zachowanie nazywasz przebojowością?

Niektóre koleżanki dzwonią do reżyserów i same o sobie przypominają.

Jestem trochę z innego pokolenia. Kończyłam szkołę teatralną, kiedy panowały inne obyczaje, wszystko było inne. Nie przynosiło się życiorysu i nie mówiło: "Jestem wspaniała, proszę mnie zaangażować". Czekało się, aż pan reżyser zadzwoni i zaproponuje rolę.

Podobno nigdy nie przeklinasz, to prawda?
Staram się nie przeklinać. Polska mowa ma tyle odcieni, tyle fantastycznych słów, którymi można wyrazić uczucia, że niepotrzebne nam wulgaryzmy.

Rozmawiała: Nina Gall

wróc