NIE ZAPOMINAJĄ O MNIE
(Tele Tydzień - 30.04.2007) Studiowała filozofię. Dwukrotnie zdawała do PWST, ale z powodu strajków na kolei nie dojechała na finał. W efekcie ukończyła Studio Aktorskie "Lart" w Krakowie. Jest żoną aktora musicalowego Jakuba Szydłowskiego i zakochaną do szaleństwa w synku mamą dwuletniego Jasia. W serialu "Plebania" już od siedmiu lat (z przerwami m.in. na macierzyństwo) gra bardzo lubianą przez widzów Hankę Tosiek. Gra w serialu jest absorbującym zajęciem. A Pani musi to jeszcze pogodzić z opieką nad dzieckiem. Nie narzeka Pani pewnie na brak zajęć? To prawda. Pracy mi nie brakuje, a że jestem młodą mamą i lubię dobrze wyglądać, chodzę jeszcze na aerobik, uwielbiam wszelkiego rodzaju ćwiczenia i staram się, jak najwięcej ruszać, żeby się nie zasiedzieć. Od czasu do czasu, aby sprawić przyjemność mężowi, udaje mi się nawet wyskoczyć do fryzjera (śmiech). Siedem lat pracy w "Plebani". Nie nudzi Pani czasem rola Hanki? Ostatnio pojawiam się mniej intensywnie, ale scenarzyści nie zapominają o mnie i moim partnerze i cały czas nas zapewniają, że na pewno nie wycofają się z tego wątku. Oczywiście po dłuższej przerwie muszę od nowa przyzwyczajać się do Hanki. I choć jest zupełnie inna niż ja, polubiłam ją. Zresztą od pewnego czasu mamy wiele wspólnego. W serialu od dawna jestem mamą, prywatnie od dwóch lat i dopiero od tego momentu wiem "z czym się to je". Jestem teraz pewnie bardziej wiarygodna. Poza tym lubię przyjeżdżać na plan, bo panuje tam sympatyczna atmosfera. Z serialowym mężem (Radosław Popłonikowski - red.) rozumiemy się świetnie. Jak łączy Pani obowiązki mamy z pracą na planie? Na początku było ciężko. Na początku pomagała mi mama, ale największą podporą jest dla mnie mąż. Ma świetny kontakt z Jasiem i w zasadzie cały ciężar związany z wychowaniem dziecka dzielimy na dwoje. Synek odziedziczył urodę po mamie czy tacie? Moi znajomi mówią, że Jasiek jest bardziej podobny do mnie, zaś znajomi Kuby, że do niego (śmiech). Miny robi takie jak ja, oczy też ma po mnie - ciemne. Ale jasne włosy już po tatusiu. Na pewno jest mieszanką mnie i męża i ma niesamowity temperament. Jest bardzo śmiały do ludzi, nie boi się podejść, powiedzieć: "cześć, pa". Taka prawdziwa papużka. Na szczęście na ulicy czy w parku bardzo się pilnuje. W czerwcu Jasiek skończy już dwa lata, co zbiega się z rocznicą naszego ślubu z Kubą, więc będziemy w tym dniu świętować. Znajduje Pani czas, aby choć na chwilę wyrwać się z domu? Nie mam opiekunki do dziecka, a mieszkam pod Warszawą, w Marysinie. Czasu na spotkania z koleżankami nie jest więc tyle, ile bym chciała. Ale jak przyjeżdża mój teść albo mama, wtedy nadrabiam wszystkie zaległości towarzyskie. Na szczęście moje najbliższe przyjaciółki, które nie mają dzieci, rozumieją, że teraz u mnie wszystko się zmieniło i są cierpliwe. Cieszymy się każdą chwilą, którą możemy spędzić razem. Taki oddech bardzo się przydaje. Ale z tego, co widać, mieszkanie poza Warszawą bardzo Pani służy... Nie mogę narzekać. Mam kilka kroków do lasu, więc spędzamy z Jasiem czas na długich spacerach. Za lasem mamy także basen. Już nie możemy doczekać się lata! Niedługo założymy siedzonko dla małego i będzie jeździł z tatą na rowerze, jest już na tyle duży. A latem planujemy wakacje na Krecie. Tym razem tylko we dwoje. Pierwszy raz w życiu zostawimy Jasia na dwa tygodnie samego z dziadkami, ale źle mu na pewno nie będzie. Rozmawiała Teresa Gałczyńska
SYN GRAŁ W SERIALU
(Tele Tydzień Nr 35 - 28.08.2006) Znają ją widzowie serialu "Plebania", gdzie gra sympatyczną Hankę Tosiek-Piecuch. Pani Joanna wiosną ubiegłego roku opowiadała w wywiadzie o sobie i mężu Jakubie Szydłowskim (aktor Teatru Roma): - Wydaje mi się, że będziemy fajnymi rodzicami. Rozmawiamy z naszym synkiem, czytamy mu bajki, które przywiozłam od rodziców. Wierzymy, że to rozwija naszego syna. Myślę, że to ważne, by tatusiowie czytali, śpiewali dziecku, by poznało głos swojego ojca. I Kuba śpiewa... Była wtedy w zaawansowanej ciąży, a dziś Jaś ma czternaście miesięcy. Po przyjściu na świat Jasia nastąpiła konfrontacja z rzeczywistością. Jak jest teraz? Myślę, że dajemy sobie radę. Na przemian wstajemy do Jasia: jedną noc mąż, a następną ja. Nie mamy blisko do naszych rodziców, bo jedni są we Wrocławiu, a drudzy... aż w Szczecinie. Odwiedzają nas i pomagają, ale najczęściej jesteśmy sami i nawet to lubimy. Przyzwyczailiśmy się już do samodzielności (śmiech). Jak się Pani czuje jako młoda mama? Fantastycznie, chociaż jestem trochę zmęczona. Ale to chyba tak, jak każda mama. Jaś jest wesołym, pogodnym dzieckiem i nawet jego cztery pierwsze ząbki wychodziły bez większych sensacji. Dużo z nim rozmawiamy i Jaś też zaczyna mówić pierwsze słowa, np. kiedy się budzi, mówi ostatnio "auto". Czasem tylko, kiedy mąż wychodzi na długo (bo przecież ktoś musi zarabiać pieniądze!), czuję się trochę samotna. Dlatego chętnie i z wielką radością jechałam na plan serialu, kiedy było i dla mnie trochę pracy. Myślę, że młodym mamom jest to bardzo potrzebne. Świadomość, że możemy się na coś przydać również gdzie indziej, zawodowo, a nie tylko w domu przy dziecku, jest bardzo ważna. Czy Jaś zagrał już w serialu? Tak, trochę już sobie popracował. Ale jego obecność na planie łączy się dla mnie ze stresem, ponieważ nigdy nie wiadomo, jak się takie niemowlę zachowa. Na szczęście scenarzyści nie pisali zbyt długich scen z Jasiem, zazwyczaj zaraz szedł spać albo znikał w jakiś inny sposób. Myślę, że denerwowałam się na zapas, bo w rezultacie wcale nie było tak źle. Zobaczymy we wrześniu jakieś nowe perypetie Hanki i Józka? Nie mogę zdradzić szczegółów. Powiem tylko, że pojawi się nowy, bardzo ciekawy wątek. Zapraszam więc wszystkich przed telewizory. Mieszka Pani w domu z ogródkiem z dwoma ukochanymi mężczyznami. Czy to jest szczęście? Tak, i oby trwało jak najdłużej. Wprawdzie nasza jest tylko połowa domu, ale mamy też część ogródka i podczas upałów Jaś kąpał się całymi dniami w nadmuchiwanym basenie. A i ja tam... no, może się nie kąpałam, i ale siedziałam z przyjemnością w wodzie. Było wspaniale! Rozm. E.S.W.
TAFTY I TIULE TYLKO NA SCENIE
(Tele Tydzień Nr 4 - 24.01.2005) Do łódzkiej Filmówki nie dostała się z braku miejsc, na egzamin do Krakowa nie dojechała, bo były strajki pociągów. Zagrała jednak w "Piłsudskim", a teraz jest gwiazdą "Plebanii", gdzie, jak mówi, uczy się od najlepszych... Nie boi się Pani, że ktoś kiedyś zarzuci jej brak ukończonej szkoły? Nie. Przede wszystkim ukończyłam szkołę aktorską Lart w Krakowie, tak że nie pojawiłam się znikąd. Ponadto dużo jest aktorów, którzy nie ukończyli szkoły, a mają to coś. Liczy się naturalność, trzeba być prawdziwym, szczególnie w serialach czy telenowelach. Od dziecka wiedziałam że będę aktorką. To było moje marzenie, które jak widać, spełniło się. A o czym teraz Pani marzy? Chciałabym , aby moje dziecko było zdrowe, abym miała pracę i abyśmy z Kubą (m\narzeczonym-przyp.red.) byli po prostu szczęśliwi. Chciałabym też zagrać w fabule i w teatrze, ale teraz muszę te marzenia odłożyć. Słyszałam, że lubi Pani wydawać pieniądze? Tak, ale teraz niestety mniej, ponieważ nie mogę sobie sprawić kolejnych butów, na punkcie których mam hopla. Musi się Pani ograniczać? Oj muszę, ale mój narzeczony zawsze znajdzie parę groszy, by zrobić mi miły prezent. Jaki preferuje Pani styl? Zdecydowanie sportowy, wtedy najlepiej się czuję. Tafty i tiule na scenie bardzo proszę, ale prywatnie wolę spodnie. Lubi Pani ryzyko? Lubię. Największym ryzykiem było to, że nie poszłam do szkoły teatralnej. Uznałam jednak, że musi mi się udać.
A jeśli by się nie udało, to co dzisiaj robiłaby Joanna Pietrońska? Jest wiele zawodów na literę "a" ( śmiech"). Nie wiem. Może zajęłabym się turystyką? Jak się Pani relaksuje? Lubię chodzić do kina, podglądać innych aktorów. Lubię też czytać książki, ponieważ wprowadzają mnie w inny, odrealniony świat. Lubię też teatr. Na co dzień nosi Pani jakiś kostium teatralny? Nie, jestem bardzo spontaniczna... Rozmawiała Agnieszka Makowska
NIE POKAZUJE NÓG
(Tele Tydzień Nr 4 - 24.01.2005) W "Plebani!" gra Hankę, osobę przedsiębiorczą, która wciąż rywalizuje z teściową. Tym razem Joanna opowiada o swoich słabościach, które dotyczą chyba większości kobiet - o zakupach. Zdarza Ci się ulec zakupowemu szaleństwu, czy kierujesz się rozsądkiem? Bardzo lubię zakupy. Najczęściej kupuję od razu to, co mi się podoba. Kilka razy zdarzyło mi się, że się zawahałam, a potem, gdy wróciłam do sklepu, zdecydowana na kupno, tej rzeczy już nie było. Nie zastanawiasz się zatem zbyt długo? Nie, i może jest to błąd, bo czasami kupuję rzeczy zupełnie niepotrzebne, które zalegają mi w szafie. A zdarza się, że pokazujesz nogi? Bardzo rzadko, co także nie podoba się mojemu narzeczonemu. Ja w ogóle mam jakieś dziwne kompleksy. Dużo ćwiczę, głównie aerobik, dbam o swoją kondycję fizyczną i sylwetkę. Po prostu nie znoszę, gdy coś gdzieś mi wystaje, jakaś fałdka tłuszczyku, nie tak wyprofilowana noga. Twój narzeczony ma wpływ na to, co kupujesz? Tak, bo on zawsze wybiera się ze mną na zakupy. To rzadkość. Tak, cieszę się, że mam takiego narzeczonego, który to lubi. Doradza mi, ma świetne oko. Często zdarza się, że gdy jesteśmy w dużym sklepie, gdzie na wieszakach wisi mnóstwo ciuchów, czego nie znoszę, Kuba wypatrzy coś dla mnie. Czego byś na siebie nie włożyła? Jestem ostrożna w wydawaniu takich opinii. Kiedyś zapierałam się, że nigdy nie włożę spodni rybaczek, ale, jak się okazało całe lato przebiegałam w takich właśnie spodniach. Nie wiem, może białe buty? Ale można się spodziewać, że i ja kiedyś takiej włożę. Kto wie? Rozmawiał W&G
|