NIE UDAWAJ TATO KSIĘDZA
(Tele Tydzień Nr 46 - 10.11.2008) Kiedyś grał w piłke ręczną i w koszykówkę. Z powodzeniem skakał także wzwyż. Teraz wywija piruety na lodzie i czaruje kobiety. Nie tylko jako przystojny wikary. Prywatnie w niczym nie przypomina wikarego z serialu "Plebania". W niedzielne poranki przygotowuje jajecznicę dla rodziny i parzy świetną herbatę.
Krążą słuchy, że ksiądz Antoni niebawem opuści Tulczyn? Nie mogę zdradzić, jak potoczą się jego dalsze losy. Jedno jest pewne - ksiądz Antoni pojawił się na plebanii cztery lata temu, dlatego zgodnie z obowiązującym prawem kanonicznym powinien być już przeniesiony do innej parafii. Przyzwyczaiłem się do tej postaci i na samą myśl, że być może to już koniec tej filmowej przygody, robi mi się trochę smutno. Teraz wszystko w rękach biskupa i scenarzystów. Nie miałby Pan ochoty zagrać kogoś innego? Bardzo. Najchętniej jakiegoś wariata, kryminalistę albo amanta. Brakuje mi już grania scen pełnych namiętności, w końcu jestem facetem, potencjał mam, prawda? (śmiech). Niestety, dostałem parę propozycji grania księdza i prócz jednej, pozostałe odrzuciłem. Powiedziałem: Dajcie mi spokój! Nie ubierajcie mnie wciąż w sutannę. A Pana dzieci oglądają "Plebanię" W zasadzie nie, bo Marie ma dopiero siedem miesięcy, a Marcel cztery lata i bardziej interesują go programy dziecięce. No chyba, że przyjeżdża babcia. Wtedy telewizor jest włączony na "Plebanię" i zdarza się, że zerkną i zobaczą, że tatuś gra księdza. Ich ukochana ciocia Monika mówi czasem, że tato udaje księdza i wtedy syn krzyczy: - Tato, nie udawaj księdza! Imiona dzieci świadczą, że Paryż, gdzie oświadczył się Pan żonie, zapadł w pamięć? Rzeczywiście imiona naszych dzieci łączą się z tą sentymentalną historią. Kto wie, może kiedyś zamieszkam tam na stałe. A przynajmniej nakręcę w Paryżu jakiś film? Właśnie, Pana dokument "Rendez-vous" dostał główną nagrodę na festiwalu w Szwajcarii. Reżyseruje Pan coś nowego? Pracuję nad dwoma projektami. Pierwszy, "Sześć tygodni" jest historią dzieci oddawanych do adopcji. Sześć tygodni - to czas, w którym biologiczna matka podejmuje najważniejszą decyzję swego życia - zatrzyma dziecko, czy odda do adopcji. Drugi to próba sportretowania naszego społeczeństwa. Pretekstem do jego powstania jest nawiedzający rodziny obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Zajął Pan drugie miejsce w programie "Gwiazdy tańczą na lodzie" - a to znaczy, że zagorzałych fanów Panu nie brakuje. Tak i za pośrednictwem Tele Tygodnia chciałbym podziękować wszystkim za oddane głosy. Pokochałem łyżwiarstwo, choć dostałem też niezły wycisk fizyczny. Teraz mogę trochę odsapnąć. Przed udziałem w kolejnym show? Nic mi o tym nie wiadomo. W czasie, kiedy dostałem propozycje: tańczenia na lodzie, zaproszono mnie również do udziału w programie "Jak Oni śpiewają". Doszedłem do wniosku, że większe szansę miałem na lodzie. I tak od zera doszedłem do bohatera, czyli do finału. A co do śpiewania to na razie śpiewam sobie w "Plebani" podczas mszy (śmiech). Rozmawiała Teresa Gałczyńska
TRZEJ PRZYJACIELE Z DZIECIŃSTWA
(Tele Tydzień Nr 51 - 17.12.2007) Nie sposób przejść obok niego obojętnie. Przystojny, ma 193 cm wzrostu (na co niejednokrotnie narzekają operatorzy filmowi). Wraz z żoną Karoliną i trzyletnim Marcelem mieszkają w Warszawie i... oczekują na kolejnego członka rodziny. Od kilku lat oglądamy go w roli księdza Antoniego w serialu "Plebania". Słyszałam. że szczególnym miejscem jest dla Pana Paryż. Dlaczego tak chętnie wraca Pan do wspomnień ze stolicy Francji? Może to zabrzmi banalnie, ale w Paryżu uwierzyłem w prawdziwą miłość. Właśnie tam zaręczyłem się z moją, wtedy dziewczyną, a obecnie żoną. Jest Pan romantykiem. To chyba niezbyt pomocna cecha w zawodzie, w którym trzeba o wszystko walczyć? Nie potrafię zabiegać o swoje sprawy zawodowe. Cierpliwie czekam na dobre propozycję, Mało tego, ciężko mi nawet zmobilizować się, żeby do kogoś się uśmiechnąć, jeśli w podtekście ma być załatwienie jakiejś roli. Nie umawiam się na spotkania zawodowe, nie opowiadam, jaki to jestem dobry. To dlaczego wybrał Pan aktorstwo? Od zawsze byłem uzdolniony w tym kierunku (śmiech). W dzieciństwie miałem swoich ulubionych przyjaciół - tygryska, zajączka i cielątko, z którymi codziennie wychodziłem się bawić i o których namiętnie, godzinami opowiadałem. Wierzyłem, że te moje wymyślone postaci naprawdę istnieją. Miałem bardzo rozwiniętą wyobraźnię, uwielbiałem naśladować zachowania ludzi i nabierać najbliższych. Wiele zawdzięczam mamie, która od dziecka utwierdzała mnie w przekonaniu, że powinienem wykorzystać te predyspozycje i zostać aktorem. Na początku nie sądziłem, że kiedykolwiek to będzie możliwe. Ale kiedy już uwierzyłem, postawiłem wszystko na jedną kartę. Przepowiadano Panu również karierę sportową... Już w podstawówce grałem w kosza, w piłkę ręczną. Byłem w reprezentacji szkoły. W liceum po raz pierwszy skoczyłem wzwyż i od razu pobiłem rekord szkoły. Na drugi dzień pojechałem na mistrzostwa województwa, które wygrałem. Miałem predyspozycje, aby zostać sportowcem, choć zero techniki. Potem, gdy dostałem się do szkoły teatralnej we Wrocławiu, równolegle zacząłem chodzić na treningi na AWF. Ale musiałem podjąć decyzję - albo szkoła, albo sport. Pogodzić się tego nie dało. Skończył Pan również reżyserię w szkole Andrzeja Wajdy. Pana debiut "Rendez-vous" spotkał się z uznaniem. Łatwiej mi zabiegać o robienie filmu dokumentalnego i poświęcanie na to energii, niż reklamowanie siebie jako aktora. Reżyseria to moja druga pasja. "Rendez-vous" reprezentował nasz kraj na festiwalu Berlinale. Był już pokazywany w 25 krajach świata. Widzowie kojarzą jednak Pana z rolą księdza Antoniego w serialu Jedynki. Podobno nie było o nią łatwo. Gdy ruszała produkcja "Plebanii", z wielką radością przystąpiłem do castingu. Do roli wikarego typowano nas wówczas czterech i choć wtedy odpadłem, na zdjęciach próbnych spotkałem się z ciepłą i niezwykle życzliwą atmosferą. Nie ukrywam, że bardzo mi zależało na tej roli, bo tekst, który miałem do zagrania, był głęboki i wzruszający. Po latach, gdy po raz drugi przystąpiłem do castingu do tej samej roli, udało się. Rozm. TESSA
|